sobota, 1 lipca 2017

Conero … trzeciego podejścia nie będzie...


... już na pewno nie w najbliższym czasie!
Kilka lat temu wybraliśmy Conero na cel naszej dwudniowej wyprawy w weekend Ferragosto. To wtedy nauczyłam się, że  w Italii 15 sierpnia siedzi się w domu, a nie jeździ nad morze. Tamten dzień, bo ostatecznie przed północą wróciliśmy do domu, był jednym z tych dni, które gdybym mogła, wymazałabym z pamięci. Przyznam uczciwie, że pewnie nie była to wcale wina ani Ferragosto ani Conero… Stare dzieje…
Tak czy inaczej na hasło Conero zawsze powracały wspomnienia tamtego właśnie dnia i już od dawna planowałam do Sirolo powrócić, by choć spróbować zatrzeć złe wspomnienia.


Tak jak już nie raz pisałam - na to czy dane miejsce nam się spodoba czy nie ma wpływ wiele czynników - pogoda, humor, pora roku i dnia, ludzie, być może stan kieszeni i jeszcze kilka innych rzeczy. Dlatego też nie za pierwszym razem pokochałam Florencję, ale Sienę już od pierwszego spojrzenia, nie zachwyciła mnie Pienza, a San Gimignano omijam szerokim łukiem, choć w tym roku było mi dane w zupełnie innej oprawie, uwielbiam wybrzeże Puglii, a już na amalfitańskim w życiu nie zaplanowałabym wakacji, wolałabym pojechać na przykład nad Bolsenę… itp... itd … Ile głów, ile serc, tyle wrażeń. Każdy z nas ma swoje subiektywne odczucia. Dlatego też czasem lepiej nie słuchać podróżniczych rad i Wy dziś nie sugerujcie się moim nowym wspomnieniem Conero. Tym razem jednak wszystko byłoby pięknie, ale pogoda spłatała nam wcale nieśmieszny żart… Poza tym upewniłam się w przekonaniu, że takie miasteczka jak Sirolo, które chaosem przypomniało mi Positano, to zupełnie nie moja bajka. Poza tym znów tak jak przy Cinque Terre powraca kwestia wydatków, jeśli ktoś nie musi zaciskać pasa, może zobaczyć Conero z zupełnie innej perspektywy … 



Cel naszej czerwcowej wyprawy wybraliśmy jednogłośnie. Nagromadzenie różnych zajęć nie pozwoliło nam niestety na dobranie dnia do pogody. To musiał być piątek i już!
A na piątek prognozy wyczytałam wątpliwe i to nie tylko na Conero, a prawie wszędzie w zasięgu naszych możliwości. Mario jednak po telewizyjnym rozeznaniu, zapewniał, że słońce będzie nam towarzyszyć przez cały dzień. 
Niebo zasnuło się jak tylko znaleźliśmy się na autostradzie i im bliżej byliśmy Ancony, tym szarość robiła się głębsza, aż w końcu zrobiła się taka jak na powyższym zdjęciu. 
- Zdaje się, że tam gdzie jedziemy jest jakby CIUT jaśniej? Nie sądzicie?
- Taaa. Jedźmy więc dalej i zobaczymy, gdzie ta jasność się zaczyna. Jak do Bari jej nie będzie, to zawrócimy.
- Super! Jedźmy aż do Bari!
Humory nam dopisywały. Nie było innego wyjścia. Taką sytuację trzeba było wziąć "a ridere"  jak mawiają Włosi. 
- Chyba mniej pada, prawda? - zapytałam kiedy zjechaliśmy z autostrady.
- Wydaje ci się, po prostu wolniej jedziemy… - Mario chciał pozbawić mnie złudzeń. Jednak kiedy zatrzymaliśmy się na poboczu przy obwoźnym sprzedawcy puglieskich produktów i chwilę potem pakowaliśmy do samochodu słój oliwek, oliwę i cebulowe taralli stwierdziliśmy z radością, że już nie pada, a tylko KROPI!!!

Sirolo

Nie będę teraz opowiadać o tym, jak szukaliśmy zejścia na słynne plaże i jak plątaliśmy się w pajęczynie stromych uliczek Sirolo, ani o tym jak nie mogliśmy znaleźć prawdziwej piekarni, ani o Monte Conero i turystach w sztormiakach … Gdybym zaczęła się rozpisywać zastałaby mnie pasterka. Zamiast tego kilka suchych, praktycznych informacji. 
Park i góra Conero to mała "perełka" na Adriatyckim wybrzeżu od Triestu do Gargano. Zwykle płaskie, piaszczyste tu nagle wystrzeliwuje w górę na blisko 600 metrów i stromymi klifami opada w dół. Znana ze zdjęć najsłynniejsza i najładniejsza plaża - Due Sorelle dostępna jest tylko od strony morza. W inne miejsca widokowe najlepiej dotrzeć pieszo, oczywiście przy sensownej pogodzie. Najciekawsze według turystów miasteczka to Portonovo i Sirolo, choć tak jak pisałam to odbiór subiektywny. Polecana jest też Numana, leżąca na południe od Sirolo, ale ta ma już klimat plastikowo kurortowy. Warto natomiast pojechać jeszcze kawałek dalej. Za tym całym chaosem znajdziemy kawałek pięknej plaży usłanej kamyczkami, z pojedynczymi drzewami, a przy odrobinie szczęścia przynajmniej przez chwilę można mieć tę całą plażę dla siebie… 


Nie wiedzieć jakim cudem, ale nagle przestało padać. Być może odjechaliśmy na krawędź przebrzydłych chmur…? I co więcej, ku nieopisanej radości starych i młodych na wspomnianej wyżej plaży znaleźliśmy idealne miejsce na nasz piknik. Popatrzcie sami:

Conero w oddali 

Morze, złotawe kamyczki, mroczne chmury i słońce to pojawiające się znienacka to znikające odmalowały nam piękną scenografię. Przez chwilę zapomnieliśmy o naszym "conerowym" zawodzie.
- To chyba najdroższy piknik w naszym życiu, ale musicie przyznać, że jest pięknie! Wygląda jak Gargano w miniaturze.


Kiedy już napełniliśmy brzuchy i nasyciliśmy oczy widokiem ruszyliśmy dalej, by korzystając z przejechanych kilometrów zobaczyć coś więcej niż tylko morze i Monte Conero z daleka. Niestety jak tylko skierowaliśmy się na północ zaraz deszcz znów zabębnił w szyby… 
- Camerano i podziemne miasto! - zaproponowałam - To może być idealne rozwiązanie dla nas.
Niestety okazało się, że zwiedzanie podziemnych labiryntów, odbywa się z przewodnikiem tylko po uprzedniej rezerwacji. Mogliśmy dołączyć do grupy dopiero o 18.00, co było już porą stanowczo za późną. Miałam żal sama do siebie, że nie zrobiłam wcześniej rozeznania w terenie, że nie przewidziałam aż tak złej pogody ecc… No nic! Będzie na następny raz, bo do Marche mam słabość od pierwszego wejrzenia i na pewno wrócimy tu nie raz. Natomiast samą rivierę Conero przynajmniej przez jakiś czas będziemy pewnie omijać szerokim łukiem, Jednak tak jak mówiłam … Nie sugerujcie się! To tylko moja opinia subiektywna.  


 OMIJAĆ to po włosku SCANSARE (wym. skansare)

2 komentarze:

  1. Pozdrowienia z Gargano Asia

    OdpowiedzUsuń
  2. No tak... ja to bym się chyba w takiej pięknej i pustej plaży zakochała ;)pozdrawiam Aneta G

    OdpowiedzUsuń

Drukuj