poniedziałek, 31 lipca 2017

40 lat minęło jak jeden dzień…


Długo zastanawiałam się nad tym, co mogłabym na tę - jakby nie było - wyjątkową okoliczność napisać… Myślałam o mojej Mamie, o minionych latach, o tym co było i czego jeszcze nie było. Zainspirowana Kalejdoskopem Renaty miałam nawet pomysł, żeby zebrać 40 nieznanych faktów, by Wam Czytelnikom pokazać choć kawałek mojej nieznanej twarzy. Ostatecznie jednak doszłam do 10 punktu i postanowiłam z takimi wyznaniami poczekać do pięćdziesiątki.  
Zastanawiałam się jak podsumować czterdzieści lat życia. Czy w ogóle powinnam już coś podsumowywać? Czy jest sens wymyślać 40 przykazań, prawd, farmazonów? 


W wigilię moich okrągłych urodzin - 30 lipca nad Biforco zawisła dokładnie połowa księżyca. Chciałabym, by i moja droga była dopiero w połowie, tak jak w połowie są lato i wakacje… By w połowie było to co dobre, ale już za mną to, co złe albo  chociaż to, co najgorsze… 

Mam kilka postanowień na ten rok, kilka wyzwań, które rzuciłam sama sobie. Zawsze powtarzam, że nigdy na nic nie jest za późno. Nie czuję się za stara, niczego nie żałuję, niczego też w życiu bym nie zmieniła. Uważam, że wszystko jest po coś, że nic nie dzieje się bez przyczyny, że moje życie jest bogate i kolorowe. Mam czterdzieści lat i moje największe życiowe marzenia już się spełniły - mam dwóch wspaniałych synów i Toskanię w adresie zamieszkania. Jeśli to się ziściło, dlaczego zatem inne fantasmagorie nie miałyby przeistoczyć się w namacalną rzeczywistość. Dziś wierzę, że wszystko jest możliwe…


Kiedy małą Grace na castingu do znanego amerykańskiego programu zapytali czy może wygrać, odpowiedziała, że cuda się zdarzają, więc wszystko jest możliwe. Kilka tygodni czy miesięcy później wyśpiewała sobie zwycięstwo udowadniając tym samym sobie i innym, że marzenia mają sens, że cuda się zdarzają. Miała absolutną rację. Ja mam tych marzeń jeszcze wiele. Wierzę, że wcześniej czy później spełnią się, bo niby dlaczego miałoby być inaczej?
A dziś? 
Dziś jak zawsze życzę sobie, żeby przede wszystkim mi i moim bliskim nie zabrakło dobrego zdrowia. Jeśli jest zdrowie, to wszystko inne tak czy siak jakoś się poukłada…   

40? Sajens fikszyn staje się faktem. Oswajam rzeczywistość. 40 to przecież taka ładna liczba, czyż nie? Żegnaj lipcu ukochany! Witajcie lata czterdzieste!


 Mam nadzieję, że nasze plany na dzisiejszy dzień zaowocują pięknymi wspomnieniami. Spędzimy ten dzień tak jak lubię najbardziej…

QUARANTA to znaczy CZTERDZIEŚCI!

niedziela, 30 lipca 2017

Wakacyjne impresje i garść podziękowań


Na dzień dobry wielkie GRAZIE, wielgachne DZIĘKUJĘ za Wasz wczorajszy odzew na moją prośbę. Popatrzcie jaki tego efekt: 


W ogólnej klasyfikacji prowadzimy. Na fejsbuku bijemy wszystkich na głowę, na instagramie trochę nam brakuje, więc jeszcze raz pozwólcie, że poproszę Was o wsparcie i do 9 sierpnia, kiedy to kończy się turniej - cichutko będę się przypominać. 


A tymczasem zapraszam Was jeszcze raz nad Santerno i do Brisighelli … Marradyjski czas naszych Gości powolutku dobiega końca. Nie było dalekich wypadów i długich podróży. To była raczej kontemplacja marradyjskiego spokoju, którego nie można nie pokochać. 



Oczywiście nie mogło zabraknąć pikniku nad naszą ulubioną rzeką i mam tylko nadzieję, że trudy drogi wynagrodził jej niezaprzeczalny urok. Nie mogło obejść się bez lodów w Brisighelli i spaceru uliczką osiołków, a potem ponad miastem aż do wieży zegarowej…
Na stole w tych dniach wylądowały smażone piadiny i zdobyły sobie nowych wielbicieli, była też oczywiście kolacja przy innym stole, ulubionym stole wszystkich naszych Gości i znów entuzjazm wyrywał się z ust, bo jak tu nie pokochać małego kamiennego domku nad rzeką Lamone... 


W Biforco, przy Świętej Barbarze, czy przy rzecznym kamieniu, gdziekolwiek się nie zbierałyśmy rozmowy snuły się bez końca. I to właśnie te rozmowy, ten wspólny czas są w tym wszystkim najcenniejsze. Nowi Goście, nowe historie, nowe znajomości, które mam nadzieję, będą miały swój ciąg dalszy … 
Jeszcze dziś czekają nowe atrakcje, ale ja już teraz za ten wspólny czas, za zaufanie, za wszystko... bardzo dziękuję.


 W następnych dniach dużo się będzie działo. Grafik aż pęka w szwach. Emocje wokół graticoli i nie tylko wypełnią pierwsze sierpniowe dni … No właśnie… Pierwsze sierpniowe dni…
Dziś ostatni dzień, kiedy mogę powiedzieć mam trzydzieści parę lat, ale tak naprawdę bardziej mi żal pożegnać lipiec niż tą moją trójkę z przodu. Jutro, pojutrze będę przecież tak samo młoda, a to moje lato kochane coraz bardziej się starzeje…

CORAZ BARDZIEJ to po włosku SEMPRE DI PIU' (wym. sempre di piu)

sobota, 29 lipca 2017

Żarty się skończyły! Pomożecie?


Te udekorowane miasteczka z okazji najróżniejszych świąt zawsze mnie zachwycały. Oczywiście Marradi to nie Siena czy Arezzo, ale łopoczące na wietrze w promieniach ostatniego słońca czerwono niebieskie flagi na moście przed moim domem zachwycają mnie tak samo jak kiedyś dekoracje wywieszane przez contrady w sławnych miastach. I my mamy nareszcie naszą "garę", która oficjalnie rozpoczęła się wczoraj wieczorem, a program zmagań wymaga następująco:


Kto będzie w okolicy 6 sierpnia, może skusi się, by przejść z nami w "scarpinacie" i wspomóc Biforco - rzecz jasna - zdobytymi punktami? Tak czy inaczej prośbę mam do wszystkich, bo wszyscy tak naprawdę możecie pomóc! Czy nie byłoby wspaniale, gdyby Graticolę wygrało w tym roku Biforco?? Pierwsza konkurencja dopiero we wtorek, ale od wczoraj ruszyło "lajkowanie" na fejsbuku i instagramie. Rejon, który zdobędzie najwięcej polubień, nagrodzony zostanie punktami, a punkty jak wiadomo na wagę złota! Nigdy o nic nie proszę, ale tym razem ja i mieszkańcy Biforco prosimy Czytelników Domu z Kamienia! Pomożecie? 
Facebook   
WAŻNE! Potrzebny jest sam "like" pod oryginalnym zdjęciem, a nie udostępnionym gdzieś dalej. Pokażcie ile Was jest! 


Miałam dziś pokazać Wam wczorajsze poczynania Gości, ale turniej niespodziewanie wskoczył na "pierwszą" stronę, więc o tym gdzie byliśmy i co robiliśmy opowiem już jutro. To będą kolejne dowody na to, że do Marradi trzeba przyjechać:) Dobrego weekendu!



piątek, 28 lipca 2017

Walka o złoty ruszt!


Najpierw zielona zrobiła się La Piaza, potem biało-niebieskie dekoracje zawisły w rejonie Vilanzeda, aż w końcu i Biforco ustroiło się w swoje barwy: czerwono - niebieskie. Oto już dziś wieczorem inauguracja powracającego po dwóch latach ciszy turnieju Graticola d'oro. Być może będzie już trochę inaczej, być może nie to samo co kiedyś, ale cieszę się jak wariat, że swoją lokalną tradycję marradyjczycy chcą ocalić od zapomnienia. Dla przypomnienia i dla tych, którzy do Domu z Kamienia zaglądają od niedawna podklejam linki do artykułów, w których opisywałam turniej - wieczór teatralny i scarpinata


Bardzo ciekawa jestem najbliższych wieczorów. Nowych pomysłów, puszczonych wodzy fantazji, emocji sportowych i oczywiście tego, do którego z regionów powędruje "złote" trofeum.
A tymczasem ...


Życie w Kamiennym Domu, jak co dzień, toczy się wakacyjnym rytmem… 
Nasi Goście relaksują się w toskańskim słońcu, zajadają piadinami, pławią się dla ochłody  albo raczej dla zabawy, poznają życie miasteczka i jego bohaterów. I dziś też odkryją nowe miejsca i nowe smaki, a ja po cichu mogę mieć tylko nadzieję, że ich wakacyjny czas stanie się kiedyś pięknym marradyjskim wspomnieniem.


Po mojej głowie kłębią się natomiast refleksje. Różne najróżniejsze. Zbliżające się "anta" sprowokowało galop myśli. Tych dobrych i tych mniej dobrych. Wnioski i pytania, niektóre wciąż bez odpowiedzi…

RÓŻNE to znaczy DIVERSE  (wym. diwerse)

czwartek, 27 lipca 2017

Flamingi na rzece Lamone


Jeszcze takiego duomo nie wybudowano, które przynajmniej w oczach małoletnich Gości Domu z Kamienia mogłoby przebić swym urokiem i atrakcyjnością nasze Lamone… Dzieciaki wszystko mogą zaakceptować, pójdą tu i tam, zrobią to czy tamto, dopasują się mniej lub bardziej chętnie, ale wcześniej czy później pada z ich ust magiczne: "Czy możemy iść nad rzekę?" I to ta rzeka staje się najczęściej tym ulubionym wakacyjnym wspomnieniem. 


Ich mamy można oczarować górami, kamiennymi domami, klimatem małych miasteczek, szynką z melonem czy dobrym winem. Ale z dzieciakami jest zupełnie inaczej...


Nie wiem czy kiedykolwiek po Lamone pływały flamingi i sądząc po sensacji jaką wzbudził Mario transportujący różowego ptaka, chyba jednak takich cudów tutejsze wody jeszcze nie widziały. 
Pięknie wyglądał jaskrawy "dmuchaniec" na tle zielonych wód i szarych kamieni. Pięknie wyglądały na nim rozbawione dzieciaki. 


A ja patrzę, obserwuję, słucham pochwał dotyczących moich dzieci i nadziwić się nie mogę. Moje dzieci niby dzieci, a jednak takie dorosłe. Za dnia opiekują się młodszymi, uważni i odpowiedzialni, ale kiedy zapada noc wolą przysiąść z dorosłymi i w rozmowach mniej lub bardziej poważnych uczestniczyć.
Kiedy to się tak pozmieniało? Dlaczego tak bardzo dorośleją… ? Przed chwilą to oni potrzebowali anioła stróża, a rozmowy starszych były synonimem śmiertelnej nudy. Dziś wszystko na opak, mój mały świat stanął na głowie, wszystko zmienia się z dnia na dzień...


Koniec lipca zbliża się nieuchronnie. Ogarnia mnie nostalgia i melancholia, które miotłą z głowy próbuję przegonić. To wszystko dlatego, że to połowa lata i jak na złość ta piękniejsza połowa już za nami. To też dlatego, że za chwilę zmienią się cyfry na liczniku, choć tak naprawdę to nie matematyka jest moją bolączką… To raczej świadomość tego, że ze mną prawie tak samo jak z tym latem - połowa na pewno już za mną. Wolę jednak myśleć, że ta lepsza połowa dopiero przede mną... 


PRZEDE MNĄ - DAVANTI A ME (wym. dawanti a me)

środa, 26 lipca 2017

Niepopularne, zaczarowane Mugello


Po zachwycie nad polem słoneczników dotarliśmy wreszcie do Sant'Agata, maleńkiej miejscowości w północnej części Mugello zaledwie kilka kilometrów od Scarperii. O tutejszej pieve czytałam już dawno temu, ale jak to zwykle bywa - to co pod nosem odkłada się na wieczne potem… 
Kościół i słoneczniki nie były oczywiście jedynymi naszej atrakcjami wyprawy... 



Tysiącletnia pieve… Jasny kamień przywodzący na myśl świątynie południa, zielony akcent marmuru z Prato przypominający, że jesteśmy w Toskanii. Trzy nawy. Masywne kolumny wygładzone dłońmi czasu. Jaskrawe lipcowe światło wdzierające się do środka, rozlewające  się po wiekowej posadzce. Pieve di San’Agata - skromna i piękna zarazem. Podobna do innych wiejskich kościołów rozsianych po mugellańskich wzgórzach, a jednak troszkę inna…


Poza swoją pieve miasteczko to zaledwie kilka ciasnych uliczek, jakieś trzy małe placyki, widok na rozciągające się dookoła pagórki, cisza i nieprawdopodobny spokój. Zegar na kościelnej wieży pokazuje 12.00. i zaraz rozlega się jednostajne bicie dzwonów, przypomina nam, że nadszedł czas, aby znaleźć godne miejsce na nasz piknik.


Wsiadamy znów do samochodu. Za oknami mija piękny świat, świat wąskich dróg, krów na pastwisku, świat zielonych pagórków i cyprysów. 
- Tam jest jeziorko? 
- Tak! - entuzjazm dzieci jest nie do opisania. 
Pośród zieleni odbija się jasnobłękitna tafla. Szybko znajdujmy do niej drogę i zaraz rozkładamy się z kocem, czerwonym koszykiem i turystyczną lodówką. Zajadamy pastę z fasolą, rukolą i suszonymi pomidorami, chleb kupiony po drodze w Roncie, ser i brzoskwinie. 
- Do pełni szczęścia brakuje tylko, żeby te słoneczniki na wprost były w pełnym rozkwicie. 
- Byłoby bajecznie. 
Rzeczywiście po drugiej stronie sztucznego rozlewiska pagórki falują słonecznikami. Niestety te są znacznie „starsze” od tych, które fotografowaliśmy godzinę wcześniej. Zwieszone łebki przypominają, że lato zbliża się do półmetka… 
- Jak bardzo jednak żal… 
- Środek lata to już nie to samo co czerwiec… Nie pachną lipy ani ginestre, nie kwitną akacje ani maki, zboża już nie falują, dni okradane są z jasnych minut, a zieleń bez wody traci intensywność… Szkoda…      


Kończymy posiłek, ale nikomu nie chce się ruszać z miejsca. Jest tak przyjemnie, wiatr taki ciepły, dookoła ani żywej duszy…

Jakie piękne jest Mugello... - ta myśl towarzyszy mi przez cały dzień. Piękne i takie swojskie, naturalne, nienadęte, nieskażone turystyką. Szpalery cyprysów jak w dolinie Orci, kamienne osady, tu i tam campanile kamiennej pieve, pola pszeniczne. Wszystko to co daje moja ukochana Toscana, ale bez natrętnych reklam w języku angielskim o sprzedaży wina czy oliwy, ich miejsce zajmują czasem byle jakie tabliczki informujące po włosku o możliwości kupienia sera od chłopa, wiejskich jajek czy owoców prosto z sadu. 


Wracamy do domu przez prawdziwe bezdroża. Drogami tak wąskimi, że powiedzieć "droga" aż nie przystoi, na sznurach łopocze pranie, krowy i owce wciskają się w cień, ciasno jedna obok drugiej, byle uciec ze słońca…
Miał być brzydki deszczowy dzień, chmury zmieniły nam plany, ale jak to mówią - nie ma tego złego … Każdy dzień niesie coś nowego, pokrzyżowanie planów niekoniecznie musi być czymś złym.


ANGIELSKI to po włosku INGLESE (wym. inglese)

Drukuj