czwartek, 27 lipca 2017

Flamingi na rzece Lamone


Jeszcze takiego duomo nie wybudowano, które przynajmniej w oczach małoletnich Gości Domu z Kamienia mogłoby przebić swym urokiem i atrakcyjnością nasze Lamone… Dzieciaki wszystko mogą zaakceptować, pójdą tu i tam, zrobią to czy tamto, dopasują się mniej lub bardziej chętnie, ale wcześniej czy później pada z ich ust magiczne: "Czy możemy iść nad rzekę?" I to ta rzeka staje się najczęściej tym ulubionym wakacyjnym wspomnieniem. 


Ich mamy można oczarować górami, kamiennymi domami, klimatem małych miasteczek, szynką z melonem czy dobrym winem. Ale z dzieciakami jest zupełnie inaczej...


Nie wiem czy kiedykolwiek po Lamone pływały flamingi i sądząc po sensacji jaką wzbudził Mario transportujący różowego ptaka, chyba jednak takich cudów tutejsze wody jeszcze nie widziały. 
Pięknie wyglądał jaskrawy "dmuchaniec" na tle zielonych wód i szarych kamieni. Pięknie wyglądały na nim rozbawione dzieciaki. 


A ja patrzę, obserwuję, słucham pochwał dotyczących moich dzieci i nadziwić się nie mogę. Moje dzieci niby dzieci, a jednak takie dorosłe. Za dnia opiekują się młodszymi, uważni i odpowiedzialni, ale kiedy zapada noc wolą przysiąść z dorosłymi i w rozmowach mniej lub bardziej poważnych uczestniczyć.
Kiedy to się tak pozmieniało? Dlaczego tak bardzo dorośleją… ? Przed chwilą to oni potrzebowali anioła stróża, a rozmowy starszych były synonimem śmiertelnej nudy. Dziś wszystko na opak, mój mały świat stanął na głowie, wszystko zmienia się z dnia na dzień...


Koniec lipca zbliża się nieuchronnie. Ogarnia mnie nostalgia i melancholia, które miotłą z głowy próbuję przegonić. To wszystko dlatego, że to połowa lata i jak na złość ta piękniejsza połowa już za nami. To też dlatego, że za chwilę zmienią się cyfry na liczniku, choć tak naprawdę to nie matematyka jest moją bolączką… To raczej świadomość tego, że ze mną prawie tak samo jak z tym latem - połowa na pewno już za mną. Wolę jednak myśleć, że ta lepsza połowa dopiero przede mną... 


PRZEDE MNĄ - DAVANTI A ME (wym. dawanti a me)

środa, 26 lipca 2017

Niepopularne, zaczarowane Mugello


Po zachwycie nad polem słoneczników dotarliśmy wreszcie do Sant'Agata, maleńkiej miejscowości w północnej części Mugello zaledwie kilka kilometrów od Scarperii. O tutejszej pieve czytałam już dawno temu, ale jak to zwykle bywa - to co pod nosem odkłada się na wieczne potem… 
Kościół i słoneczniki nie były oczywiście jedynymi naszej atrakcjami wyprawy... 



Tysiącletnia pieve… Jasny kamień przywodzący na myśl świątynie południa, zielony akcent marmuru z Prato przypominający, że jesteśmy w Toskanii. Trzy nawy. Masywne kolumny wygładzone dłońmi czasu. Jaskrawe lipcowe światło wdzierające się do środka, rozlewające  się po wiekowej posadzce. Pieve di San’Agata - skromna i piękna zarazem. Podobna do innych wiejskich kościołów rozsianych po mugellańskich wzgórzach, a jednak troszkę inna…


Poza swoją pieve miasteczko to zaledwie kilka ciasnych uliczek, jakieś trzy małe placyki, widok na rozciągające się dookoła pagórki, cisza i nieprawdopodobny spokój. Zegar na kościelnej wieży pokazuje 12.00. i zaraz rozlega się jednostajne bicie dzwonów, przypomina nam, że nadszedł czas, aby znaleźć godne miejsce na nasz piknik.


Wsiadamy znów do samochodu. Za oknami mija piękny świat, świat wąskich dróg, krów na pastwisku, świat zielonych pagórków i cyprysów. 
- Tam jest jeziorko? 
- Tak! - entuzjazm dzieci jest nie do opisania. 
Pośród zieleni odbija się jasnobłękitna tafla. Szybko znajdujmy do niej drogę i zaraz rozkładamy się z kocem, czerwonym koszykiem i turystyczną lodówką. Zajadamy pastę z fasolą, rukolą i suszonymi pomidorami, chleb kupiony po drodze w Roncie, ser i brzoskwinie. 
- Do pełni szczęścia brakuje tylko, żeby te słoneczniki na wprost były w pełnym rozkwicie. 
- Byłoby bajecznie. 
Rzeczywiście po drugiej stronie sztucznego rozlewiska pagórki falują słonecznikami. Niestety te są znacznie „starsze” od tych, które fotografowaliśmy godzinę wcześniej. Zwieszone łebki przypominają, że lato zbliża się do półmetka… 
- Jak bardzo jednak żal… 
- Środek lata to już nie to samo co czerwiec… Nie pachną lipy ani ginestre, nie kwitną akacje ani maki, zboża już nie falują, dni okradane są z jasnych minut, a zieleń bez wody traci intensywność… Szkoda…      


Kończymy posiłek, ale nikomu nie chce się ruszać z miejsca. Jest tak przyjemnie, wiatr taki ciepły, dookoła ani żywej duszy…

Jakie piękne jest Mugello... - ta myśl towarzyszy mi przez cały dzień. Piękne i takie swojskie, naturalne, nienadęte, nieskażone turystyką. Szpalery cyprysów jak w dolinie Orci, kamienne osady, tu i tam campanile kamiennej pieve, pola pszeniczne. Wszystko to co daje moja ukochana Toscana, ale bez natrętnych reklam w języku angielskim o sprzedaży wina czy oliwy, ich miejsce zajmują czasem byle jakie tabliczki informujące po włosku o możliwości kupienia sera od chłopa, wiejskich jajek czy owoców prosto z sadu. 


Wracamy do domu przez prawdziwe bezdroża. Drogami tak wąskimi, że powiedzieć "droga" aż nie przystoi, na sznurach łopocze pranie, krowy i owce wciskają się w cień, ciasno jedna obok drugiej, byle uciec ze słońca…
Miał być brzydki deszczowy dzień, chmury zmieniły nam plany, ale jak to mówią - nie ma tego złego … Każdy dzień niesie coś nowego, pokrzyżowanie planów niekoniecznie musi być czymś złym.


ANGIELSKI to po włosku INGLESE (wym. inglese)

Drukuj