środa, 22 listopada 2017

Śnieżny reporter i jesień na ostatniej prostej.


Jeszcze przez kilka dni po przejściu śnieżnego armagedonu służby porządkowe i elektrycy pracowali przy naprawianiu szkód, jakie wyrządził kapryśny listopad. Nie zdawałam sobie sprawy ze zniszczeń dopóki nie pojechaliśmy na przełęcz Eremo. Wzdłuż drogi zmieszane z bryłami śniegu walały się połamane gałęzie. Wiele drzew leżało wyrwanych z wybebeszonymi korzeniami. 
Od tego czasu minął tydzień. W miasteczku po armagedonie nie ma nawet śladu, ale górach jeszcze w niedzielę, kiedy jechaliśmy odkrywać Fornello, zalegały całe hałdy biało burej masy. 


Po pierwszym posmakowaniu zimy, do Toskanii wrócił normalny klimat. "Anticiclone" przywiał ciepłe powietrze, niebo znów się wypogodziło, a zatem schyłek jesieni zrobił się tak ładny jak jej początek. Śnieg połamał gałęzie i wyrwał drzewa z korzeniami, ale co dziwne nie strząsnął ostatnich liści. Łąki na nowo ożyły zielenią i nawet tu i tam wychyliły łebki wiosenne stokrotki. Te zdjęcia zrobione były w zeszłym tygodniu. Jak prawdziwy reporter chciałam udokumentować to, co w miasteczku się wydarzyło, nawet jeśli bieganie za takimi widokami wcale do moich pasji nie należy. Na szczęście dziś świat wygląda zdecydowanie piękniej... 


Jesień wskakuje na ostatnią prostą. Już za miesiąc znów zacznie przybywać dnia. To dobrze, bo ja do życia absolutnie potrzebuję światła. Światła i zieleni. 
Tymczasem zastanawiam się powoli co wsunąć do woreczków kalendarza adwentowego. Czym chłopców zaskoczyć? Planuję powoli to i tamto i nim się obejrzę przyjdzie czas, by ciasto na pierniczki zakręcić… Nawet jeśli listopad nie jest moim ulubionym miesiącem, to jednak myślę sobie, że czas mógłby trochę zwolnić. Gdzie i po co to życie tak się spieszy…? 


PROSTA to znaczy DRITTA (wym. dritta)

wtorek, 21 listopada 2017

Cappella della Bruna - jeszcze jeden sekret Mugello


Tak naprawdę w pierwszym odruchu chciałam zachować to miejsce dla siebie. Nie przemawiała przeze mnie ani przekora, ani egoizm, tylko raczej chęć ocalenia tak niezwykłego zakątka przed napływem turystycznych mas. Z drugiej strony, jaki byłby ze mnie "ambasador" - przecież tak mnie czasem nazywacie - gdybym nie starała się opowiedzieć o tym, co jeszcze nieznane...  


Jednym z najbardziej rozpoznawalnych toskańskich widoków jest Cappella della Madonna di Vitaleta. Znają ją nawet ci, którzy w Toskanii nigdy nie byli. Ciekawe, jak to się czasem plecie, niejednokrotnie zastanawiałam się dlaczego pewne miejsca zdobywają sobie tylu zwolenników, stają się przedmiotem swoistego kultu, celem wypraw, obstrzelane przez fotografów o każdej porze dnia i roku … Inne natomiast całkiem na uboczu, nikt o nich nie słyszał, urokiem zniewalają tak samo, jednak wciąż pozostają nieodkryte. Czy będę pierwszą Polką, która napisze o Capellina della Bruna? 


Znaleźć to miejsce przypadkiem jest prawie niemożliwością. Po pierwsze wciąż niewielu turystów zagląda do Mugello. Po drugie nawet jeśli już ktoś zajrzy, to raczej skieruje swe kroki do Vicchio, do Domu Giotto i tyle. Kapliczka natomiast stoi sobie w polu, z dala od drogi, która to z resztą prowadzi donikąd. Trzeba mieć naprawdę dobrze wyostrzony wzrok i potrzebę zaplątania się w najmniej popularne tereny.  


Ukryta w cieniu cyprysów, które jakby specjalnie otaczały ją cieniem, chroniły przed spojrzeniami ciekawskich, cappellina della Bruna stoi w tym miejscu już od kilku stuleci. Poświęcona została błogosławionemu Giovanni Bruni, który urodził się w tu gdzie znany wszystkim Giotto - w Vespignano w 1234 roku i zmarł we Florencji w roku 1331. Imponujący wiek jak na tamte czasy. Jak podaje legenda właśnie to miejsce w szczerym polu, około 300 metrów od kościoła San Martino wznoszącego się tuż obok domu Giotto było dla młodego Giovanniego Bruni miejscem modlitwy i wyciszenia. Kiedy on skupiony był na modlitwie woły według podania miały same kontynuować prace w polu.


Maleńka kapliczka zachowała w środku prawdziwy skarb - fresc z połowy XV wieku, który prawdopodobnie jest dziełem malarza z Florencji Paolo Schiavo - ucznia Andrea del Castagno bądź Paolo Uccello. Tkwi tu od wieków już ledwo widoczny, zatarty przez czas, niezabezpieczony... 


To był już koniec naszej wyprawy. Dzień, którego tak się zawsze obawiam był niezwykły. Udało mi się nie tylko uciec od smutków i tęsknot, ale też odszukać drogę do dwóch niezwykłych zakątków
Mugello nie przestaje zaskakiwać… Cappella della Bruna zdaje się być skromniejszą, nieznaną siostrą tej z doliny Orci. Wstąpcie tu czasem, dajcie się oczarować, poznajcie świat, którego masowa turystyka jeszcze nie pozbawiła autentyczności. 
Wracaliśmy do samochodu, a słońce wydłużało nasze cienie na listopadowym polu. Jego ostatnie promienie przeciskało się przez gęste korony cyprysów, wieczorne światło jeszcze piękniej pokolorowało świat. Przed nami majaczył imponujący masyw Monte Falterona, a dookoła falowały łagodnie pagórki Vespignano.


MODLIĆ SIĘ to po włosku PREGARE (wym. pregare)

poniedziałek, 20 listopada 2017

Zaginione światy - stacja Fornello


Muszę przyznać, że była to jedna z ciekawszych wypraw jakie odbyliśmy w ostatnim czasie. Nikt by nie przypuszczał, bo przecież nie pojechaliśmy odkrywać żadnego sławnego miasta,  ani cudu natury, tak naprawdę wciąż byliśmy "za płotem", zaledwie 11 kilometrów od Marradi… Powędrowaliśmy do miejsca, do którego nie można dotrzeć żadną normalną drogą… jedynie torami kolejowymi przez długi tunel. Oczywiście my w żaden tunel się nie wciskaliśmy. Znając punktualność włoskich kolei, woleliśmy nie ryzykować i podjęliśmy drugą próbę odnalezienia górskiego szlaku prowadzącego do Fornello - opuszczonej stacji i osady. 


Przy okazji poprzedniej próby wyczytałam na blogach włoskich trekkingowców, że trzeba dojechać do maleńkiej wioski Gattaia, od strony Vicchio. Przejechaliśmy zatem przez wyjątkowej urody "ziemie Giotto". Krajobraz tu jest iście sielski i taki zwyczajnie prawdziwy, nienapompowany na potrzeby turystycznych spojrzeń. Czasem myślę sobie, że nie można nie zostać artystą, kiedy człowiek dorasta w takim miejscu…  A swoją drogą ukochanie sztuki i artysty, widać wszędzie, nawet na oddalonej od cywilizacji wsi. 



W Gattai błądziliśmy chwilę w poszukiwaniu jakiejkolwiek wskazówki, choćby najmizerniejszego drogowskazu, ale nic takiego nie było. Dopiero zagadnięty tubylec skierował nas na leśną drogę. 
- A potem? 
- A potem jest kawał do przejścia, to w lesie, w górach! 
- Daleko?
- Jakieś półtorej godziny marszu.

- On się pomylił - powiedziałam, kiedy już się oddaliliśmy - na blogach podawali informacje, że to tylko 40 minut. 
- Też tak myślę.
- Na wypadek gdyby jednak miał rację, najpierw zjedzmy. Już południe.  
Piknik tym razem był naprawdę skromny, bo nie o jedzenie w tej wyprawie chodziło. Zjedliśmy chleb i schiacciatę z szynką kupione w ulubionym forno w Roncie, a do plecaka zapakowaliśmy mandarynki i słodką "plecionkę" z rodzynkami.



Ruszyliśmy przed siebie leśną drogą rozglądając się dookoła w poszukiwaniu jakiegokolwiek oznaczenia, informacji, choćby śladu, namiastki szlaku. Nic takiego jednak nie było. Przeprawiliśmy się po wątłym mostku przez rzekę i zaczęliśmy wspinać się coraz wyżej i wyżej. Droga raptownie zaczęła piąć się w górę nie dając nawet kilku kroków wytchnienia "po równym". Czapki i szaliki, które już wcześniej były sporą przesadą, bo termometr radośnie wskazywał 13 stopni, zaczęły lądować w kieszeniach i plecaku. 


W końcu zatrzymaliśmy się w miejscu gdzie drzewa się rozrzedziły, by choć oczy nacieszyć ostatnimi kolorami. I wtedy...
- Szlag!!! - wszyscy spojrzeli w moim kierunku. - Popatrzcie tam! 
Przed nami jak malowany wyłonił się kolejowy most. Kamienne łuki, o których wspominali blogerzy. 
- Szlag! To nie ta droga. 
- Zupełnie nie. Widocznie powinniśmy byli obrać jedną ze ścieżek, która odchodziła od głównej drogi. Jesteśmy dokładnie na wprost, a pomiędzy nami jest rzeka. Nie przefruniemy…
Cały wysiłek na marne. Musieliśmy wrócić niemal do punktu wyjścia i zastanowić się, która ścieżka zaprowadzi nad do Fornello. 



Znów ten sam mostek, potok i wygłupy chłopców, których nadaremna wspinaczka ani trochę nie pozbawiła dobrego humoru i energii.

You shall not pass!!! Jestem Gandalf!

Zasada, by nigdy nie wracać do domu z pustymi rękami i tym razem została podtrzymana. Kieszenie wypełniły się zdziczałymi kasztanami. 
Znów znaleźliśmy się na samym dole. Okazało się, że zaraz za rzeką początek miała ścieżka, na którą wcześniej nie zwróciliśmy uwagi...


- Dobrze u ciebie z equilibrio? - zapytał Mario.
- Ech… - westchnęłam i zaraz pomyślałam - dobrze gotuję, jestem wysportowana, kondycję mam do pozazdroszczenia, robię całkiem dobre zdjęcia, świetnie tańczę i śpiewam… No dobrze z tym śpiewem to przesadziłam. W każdym razie wśród niezliczoności moich zalet niestety nie znalazła się dobra równowaga. Popatrzyłam z powątpiewaniem na murek prowadzący przez wodę i nogi mi się zatrzęsły. 
- Ej! Ale nawet jak przejdę to co dalej?? Tam się szlak urywa! 
Chwilę pogłówkowaliśmy nad tym co dalej i postanowiliśmy jeszcze bardziej przybliżyć się do punktu wyjścia. Musiał być przecież jakiś inny szlak.


Musiał i rzeczywiście był. Nie wiem jak to się stało, że cztery pary oczu przegapiły tę tabliczkę. 
- I co? Macie jeszcze siłę - pytałam ogólnie, choć bardziej martwiłam się o Mario, któremu pierwsza wspinaczka dała w kość. 
- Teraz mamy się poddać?
Zaraz za tabliczką pojawiły się prowizoryczne oznaczenia szlaku.
- Pamiętacie taki film Predator? Oto jego krew! - Mario chciał przydać naszej wyprawie odrobinę dreszczyku, ale chłopcy za duzi na takie strachy zaczęli wymyślać swoje teorie.


Szlak był piękny, kolorowy, przyjazny i ani trochę trudny. Gdyby nie to, że mięliśmy w nogach bezsensowną wspinaczkę z początku wyprawy, byłby to zwykły spacer. Zwykły - niezwykły oczywiście.
W końcu zaczęły między drzewami majaczyć kamienno ceglane mury. Przed nami pojawił się mostek, który znałam ze zdjęć. Byliśmy już całkiem blisko celu. Gdzieś w górze nad naszymi głowami przemknął pociąg.

 
Skrzyżowanie Piotrusia Pana i dzielnego Alpino

W końcu dotarliśmy do kamiennego mostu, który widzieliśmy z przeciwległego zbocza. Z bliska robił jeszcze większe wrażenie. Taka konstrukcja w środku dziczy Apeninów... Przeszliśmy pod kamiennymi łukami i dalej skierowaliśmy się za oznaczeniami "Predatora". 


Po kolejnych piętnastu minutach dotarliśmy do celu. Rację mieli blogerzy, tubylec widocznie nie ocenił nas jako dobrych łazików. Dotarcie do Fornello zajęło nam około 40 minut.


Fornello to nazwa stacji i osady, które znajdują się w górach, pomiędzy dwoma długimi tunelami. Tak jak wspominałam nie prowadzi do nich żadna droga, poza górskim szlakiem. To najwyższy punkt na tej trasie kolejowej - 577 m n.p.m. Dlatego też kiedyś, by móc podołać wysokości, pociąg musiał być popychany przez inną lokomotywę i to też właśnie w Fornello mógł uzupełnić zapas wody. To również w Fornello znajdował się drugi tunel, w którym "serwisowane" były parowe lokomotywy. Budowa linii kolejowej łączącej Faenzę i Florencję rozpoczęła się w czasach Wielkiego Księstwa Toskanii. Trasa została oddana do użytku pod koniec XIX wieku. 
W Fornello mieszkała garstka ludzi - zawiadowca stacji z rodziną, robotnicy pracujący dla kolei, a także w tutejszej "cavie", czyli kamieniołomie, skąd wydobywany był kamień. Do tej pory zachowały się wózki, tory i mechanizm służący do rozdrabniania go. Tutejszy kamień służył do budowy linii kolejowej, ale też wędrował do innych części kraju. 


Zabudowania, tory kopalniane, przerdzewiałe wózki, wszystko to robi niezwykłe wrażenie. Jakby miejsce w jednej chwili, w popłochu zostało porzucone… Przez jakiś czas ze stacji korzystali właściciele okolicznych gajów kasztanowych. Pod koniec lat sześćdziesiątych minionego wieku stacja została zamknięta i życie tutaj powoli wymarło. Teraz pędząc pociągiem do toskańskiej stolicy, niewielu w ogóle zwraca uwagę, że gdzieś po drodze przez kilka sekund migają za oknem opuszczone zabudowania. 
Próbowałam wyobrazić sobie jak ci ludzie żyli. Poza światem. Z dala od wszystkiego. Przedziwny, fascynujący mikrokosmos. 


Siedzieliśmy zadumani ponad torami, na kamiennym murku, który dawno temu układali robotnicy. Zajadaliśmy ciasto z rodzynkami i wsłuchiwaliśmy się w wiatr Apeninów, milczący o dawnych dziejach Fornello... 
Nigdy nie dowiedziałabym się o istnieniu Fornello, gdyby nie Mario, to jedno z tych miejsc, do którego przypadkiem trafić nie sposób. Muszę tu wrócić - postanowiłam - wrócę nie raz i nie dwa. Coś w tym miejscu jest niezwykłego… A może ktoś z Was wybierze się razem ze mną? 

Wspaniała zabawa na toczących się mimo lat wózkach
Wieża wodna
Miniera 

Byliśmy zachwyceni miejscem, spacerem, historią, a dzień jeszcze się nie skończył. W drodze do domu czekało na nas miejsce jak z toskańskich pocztówek. Jutro pokażę Wam kapliczkę ukrytą w cieniu cyprysów, a teraz już muszę uciekać, więc nie pozostaje nic innego jak w ten rześki poniedziałkowy ranek życzyć Wam dobrego tygodnia.

STACJA to po włosku STAZIONE (wym. stacjone)

Dopisane: Jeszcze jedna ważna informacja. Od kilku lat pojawia się wiele inicjatyw, które mają na celu zwrócenie uwagi na to wciąż pełne tajemnic miejsce. W ciągu roku są nawet specjalne kursy pociągów, które w Fornello się zatrzymują. 

Drukuj