piątek, 31 maja 2013



Nie może być inaczej! Dzisiejszy post musi być dedykowany Mario ... Nasz przyjaciel świętuje dziś urodziny. Które? Tego nie zdradzę:)
Jak sam zapewnia - nie czuje się na tyle. Dla niego wiek nie ma znaczenia. Zawsze powtarza, że ważne jest to, co mamy w głowie.
A więc ile?
Dla wścibskich mała podpowiedź - za rok świętujemy razem 100lat:)) A ja mam mniej niż 40:)
O Mario artykuł już był, choć tak naprawdę mogłabym dodać jeszcze wiele, bo codziennie w mojej głowie zapisuje się coś nowego. Mnóstwo rozmów o sprawach ważnych i o duperelach, wiele wspólnych wspomnień, spory i radości. Wśród wielu bliskich mi osób i naprawdę życzliwych tylko dwie w tej chwili z czystym sumieniem mogłabym nazwać Przyjaciółmi. Jedną z nich jest właśnie Mario.

Cenię go za wiele rzeczy, szczególnie za życiową mądrość, za szczerość i za dystans do świata i siebie samego. Tego ostatniego bardzo chciałabym się od niego nauczyć.

Dziś więc nie jedno słowo, a kilka zdań po włosku.


Caro Mio Amico! Gli auguri, le parole ti ho gia scritto. Grazie di tutto questo che fai x noi. Non cambiarti mai! Il prossimo anno facciamo insieme una grande festa - 100 anni:) Preparati!  Adesso Ti mandiamo tantissimi auguri!! Buon compleanno!!! 


czwartek, 30 maja 2013


Często nam Polakom wydaje się, że w czasie wojny to przede wszystkim nasz kraj ucierpiał. Pamiętam jak z ogromnym zdziwieniem oglądałam zdjęcia Marradi z okresu wojennego, jedno wielkie gruzowisko, w którym ciężko doszukać się podobieństwa z dzisiejszym miasteczkiem. Dziś patrząc na kolorowe domy nie widać już śladów burzliwej przeszłości.


Tereny Marradi i okolic były zamieszkałe już od starożytności przez Etrusków, potem zdobyte zostały przez Gallów z Francji (może stąd dialekt miejscowy budzi skojarzenia z ich językiem?). Prawdopodobnie w I wieku naszej ery na miejscu obecnego miasteczka powstała fortyfikacja, z której to strzeżono, drogę łączącą Faenzę, Florencję i Lukkę. Miejsce stało się idealnym przystankiem dla wędrowców, nazywano je Castello. Wokół niego rozciągały się inne posiadłości, gospodarstwa, tzw. poderi - a jedno z nich nosiło nazwę "Marrato", co znaczy mniej więcej "przekopane" (tak jak ogródek), być może od tego pochodzi obecna nazwa miasteczka - Marradi.




Po okolicznych wzgórzach rozsiane są kościoły, których średnia wieku to 1000 lat, to daje wyobrażenie o historii tego miejsca sięgającej zamierzchłych czasów. To mnie fascynuje, sprawia, że chcę wiedzieć wciąż więcej i więcej. Poznać to miejsce do głębi, a potem móc przekazać swą wiedzę dalej.    


DISTRUGGERE - to znaczy ZNISZCZYĆ


środa, 29 maja 2013


Tęsknota nieznośna, uwiera i gniecie, tkwi upiornym łkaniem w gardle i nie daje spokoju, nie daje o sobie zapomnieć nawet na chwilę. Już nawet gotowanie nie umie jej zagłuszyć, przyćmić choć na moment. Czuję się tak jakbym na ramionach miała ołowiane pagony, ciężko się wyprostować, uśmiechnąć, iść dalej. Sinusoida mojego humoru znów opadła na sam dół, bo ... 100 km del Passatore przebiegła bez mojego kibicowania, bo Festa del Pane odbyła się bez mojego udziału, bo zaraz wyjdzie słońce i znów zaświeci nie dla mnie. Kipi we mnie złość, wymieszana ze smutkiem, podlana goryczą, złość irracjonalna. Złość - inna odmiana tęsknoty...


Dziś rozmywam się w powietrzu, dziś mnie nie ma. Dziś zbyt tęsknię by pisać o czymkolwiek. Tęsknię do schodów przed kamiennym domem, do skrzypiących drzwi starej szafy, do małej kuchni z widokiem na Gamognę, do ciężkich czerwonych pomidorów...
Ile już razy pisałam podobne posty? Ile ich jeszcze będę musiała napisać?

INSOPPORTABILE - to znaczy NIEZNOŚNY/A

wtorek, 28 maja 2013


Tak wiele rzeczy, momentów, wydarzeń z życia Marradi omija mnie rozbudzając jeszcze bardziej i tak już nieznośną tęsknotę. W jedną z majowych niedziel miasteczko wypełniło się gwarem z okazji organizowanego, jak co roku, święta chleba - festa del pane. Oczywiście doceniam fakt, że mój osobisty korespondent zadbał o to, by pełna dokumentacja z tego dnia mogła znaleźć się na moim blogu i żebym ja sama, będąc 1600 kilometrów dalej, mogła choć w ten sposób ją zobaczyć i "poczuć". 

Chleb to jedna z pierwszych rzeczy, której statystycznemu Polakowi brakuje na emigracji, ba! nawet na zwykłych zagranicznych wakacjach. Chleb polski uważany jest przez wielu za najlepszy na świecie. Trudno się nie zgodzić. Ale też nie można tak całkiem skrytykować chleba włoskiego. Jeśli ktoś trafi do włoskiej panetterii i nie mając pojęcia o rodzajach włoskiego pieczywa, wybierze na chybił trafił toskański chleb bez soli, rzeczywiście może być lekko zaskoczony, bo to akurat specyficzny gatunek, ale też i inne jest jego zastosowanie. Myślę jednak, że dobra ciabata albo chleb z Altamury bądź z Matery mogą zadowolić nawet najwybredniejsze gusta. Wystarczy wiedzieć czego szukać.


A wracając do festy - jak zwykle z sercem, barwnie, z pełnym zaangażowaniem, że aż miło popatrzeć. Może Was zastanowić widok kolorowych turbanów, tak jak i ja sama zrobiłam wielkie oczy, próbując doszukać się części wspólnej w folklorze dwóch narodów. Jednak wytłumaczenie tego leży o wiele głębiej. Musimy cofnąć się do czasów II Wojny Światowej. Jak się okazuje - to właśnie Hindusi jako pierwsi wyzwalali Marradi i okolice. Można powiedzieć, że ich obecność uświetniła imprezę.

Oczywiście na takich imprezach jest wszystkiego po trochu, zatem nawet święto chleba jest okazją do pokazania serów czy miodów, sprzętu rolniczego i nie tylko itd...:) 





Słowo na dziś już w tekście zostało wymienione PANE - CHLEB

poniedziałek, 27 maja 2013


Z serii "gotowanie lekarstwem na tęsknotę", czyli znów trochę Italii na talerzu... 

Risotto z bakłażanem.
Bakłażan
2 dymki
250 g ryżu do risotto
niepełna szklanka świeżego przecieru pomidorowego (ja poddusiłam na szybko 3 średnie pomidory)
kilka listków bazylii
sól, pieprz
bulion warzywny (ok. 700ml)
świeża mozzarella (najlepiej bufala)
Przekrojonego na pół bakłażana skrapiamy dobrze oliwą i wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 200 stopni na 35minut.
Po tym czasie wyjmujemy, ściągamy skórkę i kroimy w kostkę. 
W rondlu rozgrzewamy oliwę podsmażamy na niej chwilkę cebulkę drobno posiekaną, po chwili wrzucamy ryż. Mieszamy kilka sekund z cebulką i oliwą a potem podlewamy rosołkiem i dodajemy bakłażana. Rondel trzymamy na małym ogniu, mieszamy uzupełniając po trochu bulionem. Po ok. 10 minutach gotowania dodajemy pomidory, a minutę przed końcem gotowania dodajemy bazylię. Doprawiamy do smaku solą i pieprzem. Kiedy ryż jest ugotowany danie jest gotowe, skrapiamy wtedy świeżą oliwą i przed podaniem posypujemy pokrojoną w kosteczkę mozzarellą.   
Pyszne, lekkie danie, idealne na lato! Smacznego!
(Przepis pochodzi z La Cucina Italiana, wydanie lipiec 2007)
BAKŁAŻAN to po włosku MELANZANA:)

niedziela, 26 maja 2013



Dzień Mamy!
Długo nie mogłam się doczekać, kiedy to święto i mnie będzie dotyczyć.  A teraz mam laurki i inne cuda wykonane rękami dzieci. Piosenki, wierszyki - najpiękniejsze, bezcenne. Choć muszę przyznać, że chłopcy robią mi takie niespodzianki właściwie dość często, bez okazji. Uczę ich, że miłość okazujemy sobie każdego dnia.



Mama ... po włosku MAMMA. Włoski dzień mamy już był, wypada zawsze w drugą niedzielę maja. Rozczuliły mnie wtedy wpisy moich dorosłych znajomych na fb, wspomnienia, podziękowania. Niezwykle wzruszające, szczere, ale tacy są Włosi. Już kiedyś pisałam, że Mama w Italii jest otoczona prawdziwym kultem, jest wielbiona, noszona na rękach. Mówienie głośno o tym, że jest najważniejszą osobą w życiu człowieka, nikogo nie krępuje, nie zawstydza. Andrea, kucharz z Colombai opublikował piękne i poruszające wspomnienia o swojej nieżyjącej już Mamie. Ścisnęło mi się serce.  Chciałbym, by kiedyś i moje dzieci tak mnie wspominały, z tkliwością, z miłością, ze szczerością, i po włosku, i po polsku... Dla mnie bycie mamą, to wielka przygoda ...

Dziś oczywiście pobiegnę uściskać Moją Mamę, najwspanialszą na świecie. Już tydzień temu, z okazji jej urodzin słów kilka pisałam. Maj zawsze będzie dla mnie taki "mamowy", "matczyny"... Dopiero kiedy człowiek jest dorosły zaczyna rozumieć kim tak naprawdę jest mama.



Moja Mama... jedyna, najukochańsza...
Tego co najlepsze - wszystkim Mamom w dniu ich święta! 
  

sobota, 25 maja 2013

Kilka dni temu, wyłapane na gorąco: 

Wraca Tomuś ze szkoły, rozsiada się przy stole, ja akurat pochłonięta jestem moim pisaniem, bo wena naszła mnie z zaskoczenia i korzystam nim mnie opuści. Dziecię me jednak niewzruszone wysiłkiem twórczym matki, rozpoczyna swą paplaninę. Zerkam więc to na niego, to na komputer, by jakiś kontakt wzrokowy z nim złapać, ale z tego co mówi dociera do mnie co drugie słowo. 
- I ta gumka ....
- mhm
- napisałem ....
- mhm
- to się sprawdzi...
- mhm
- już we wrześniu zamieszkamy w Toskanii...
- mhm 
........
- coooo? - nagle budzę się z mojego pisarskiego letargu - co ty powiedziałeś? - Przepraszam miałam zajęte myśli! Opowiedz jeszcze raz od początku! 
- Mówiłem, że dziś w szkole napisałem sobie na gumce TAK i NIE i rzucałem nią jak kostką. Wróżyłem sobie czy we wrześniu zamieszkamy już we Włoszech i wyszło mi, że tak!!!  - opowiada cały rozentuzjazmowany. - Widzisz mamusiu, mówię ci, że trzeba wierzyć!
- No jak już nawet twoja gumka to mówi, to nie może być inaczej - śmieję się, a raczej uśmiecham do niego i do siebie samej, bo optymizm dzieci w tej kwestii jest rozbrajający i jak nic innego, dodaje mi skrzydeł.
Po chwili pytam jeszcze: 
- Słuchaj, a ty się tak na lekcji bawiłeś?
- nie no mamusiu!!! Na przerwieeee!!!

Tomuś w swoim świecie

Och jakby to było pięknie jakby gumka miała rację...

INDOVINO - to po włosku JASNOWIDZ, WRÓŻBITA

piątek, 24 maja 2013


Od czasu do czasu ktoś ze znajomych podsyła nam informację o nowym domu wystawionym na sprzedaż. Tym sposobem znamy chyba większość okolicznych posiadłości. Mogłabym wyliczyć z pamięci ich ceny, metraże, wady i zalety. Do niektórych wzdychamy tęsknie, inne podziwiamy, niektórych ceny są zawrotne i pozostaną jedynie w sferze marzeń, jeszcze inne są już tylko górą kamieni, zniszczone przez czas i chyba do tych właśnie mam największą słabość.  

 












Po tych wszystkich latach wiemy dokładnie czego szukamy, co musi mieć "nasz" dom. A musi mieć ... słońce przez większą część dnia i mury z kamienia, piec drzewny i cantinę na wino, musi być w nim czuć ducha dawnych czasów. Listę całą mogłabym wypisać tego co konieczne, tego co być powinno i tego co mile widziane.







Wspaniale byłoby mieć dużą, przynajmniej kilkunastohektarową posiadłość z kasztanowym gajem, tak jak te rozsiane po okolicy z domem głównym i przyległościami, nawet z przydomową kaplicą, z ogrodem pachnącym ziołami, z altaną oplecioną fioletowym glicine....

Jeździmy, oglądamy, zakochujemy się, marzymy ... Na przekór wszystkim, wbrew rozsądkowi, nienormalnie... Nie przestajemy marzyć...


Słówko na dziś to IL PREZZO - czyli CENA

czwartek, 23 maja 2013



Wyciąga Paw ze skrzynki dużą kopertę. Wreszcie mam to na papierze! Po kilku miesiącach przysłano certyfikat. 
Czy mi lepiej? Nie
Czy bardziej wierzę w siebie? Nie.
Czy czuję satysfakcję? Przeminęła z wiatrem...
Ale nie mogę powiedzieć, że jestem zaskoczona swoim mało radosnym myśleniem, nie spodziewałam się cudu. W końcu znam się i znoszę całe życie.
Potwierdzenie moich umiejętności, o które tak walczyłam nagle stało się tylko papierkiem. A przecież tyle lat starań, zabiegów, nauki i konsekwencji.... 
Tak się dziś spieramy - ta dobra ja z tą wredną:(
A gdybym nie zdała?? To dopiero byłby dramat! Tak źle, a tak ... nic wielkiego.
To tyle w kwestii egzaminów, certyfikatów, sukcesów naukowych. Ktoś zrozumiał o co mi w ogóle chodzi? Pewnie nie, sama mam z tym kłopot.
Wybaczcie nieuzasadniony, chwilowy brak optymizmu.

POTWIERDZENIE to po włosku LA CONFERMA


środa, 22 maja 2013


Lorenzo każdego roku zarzeka się, że to już ostatni sezon. Jest zmęczony - to pewne, jednak musi naprawdę kochać swoją pracę, bo potem przychodzi czerwiec i znów Mulino zaczyna tętnić życiem. Mam nadzieję, że tak też będzie w tym roku. Byłaby to wielka strata gdyby jednak zamierzał dotrzymać słowa i przejść na emeryturę. W zeszłym roku dużo go kosztowało przywrócenie miejscu świetności, bowiem wiele pomieszczeń runęło pod naporem grubej warstwy śniegu.
Ten dreszczyk emocji kiedy zaczynają się wakacje, a my już w drodze planujemy wieczór u Lorenzo, to wyczekiwanie - są niesamowite. Potem wylewnie się witamy, Lorenzo z uśmiechem od  ucha do ucha dziękuje nam, że znów zaczynamy sezon u niego. Wszystko po staremu ... Albo prawie wszystko - poznajemy nowy personel i szukamy znajomych twarzy. Dzieci szleją, rzeka szumi, a dookoła roznosi się zapach pizzy.





Mario mówi, że wybiera się nad rzekę by zorientować się w sytuacji. Jeśli Lorenzo jeszcze się nie poddał, to już powinny trwać prace przygotowawcze przed sezonem. Mam nadzieję, że tak właśnie jest.
Mój toskański azyl to przede wszystkim ludzie, uświadamiam to sobie w takich momentach. Każdy wnosi coś innego, za każdym w jakimś stopniu tęsknię i gdy kiedyś kogoś zabraknie, pozostanie luka nie do zapełnienia. 



PODDAĆ SIĘ to po włosku ARRENDERSI

wtorek, 21 maja 2013


Skype, maj 2013
 
- Chciałbym zabrać chłopaków na dzień czy nawet dwa - mówi Mario - Spędzić z nimi trochę czasu bez was.
- Super pomysł, przynajmniej rozruszają swój włoski, a ja będę miała chwilę z własnymi myślami!
- Muszę im coś zaplanować, jakieś nowe zabawy. 
- Bez przesady, nie musi być zawsze coś "hiper super". Oni się cieszą nawet z drobnych rzeczy. 
- Ale meteoryty czy szukanie złota były ciekawe?
- Niezapomniane! Nawet ja się świetnie bawiłam.
- Zatem muszę zorganizować coś, co ich jeszcze bardziej zaskoczy - kwituje Mario.


Latem zeszłego roku, jak już wspominałam dzieci szukały złota w pobliskim potoku. Jak widać na zdjęciach nie tylko dzieci:) To idealne miejsce do zabawy, daje tyle możliwości. Jeśli do tego dodamy fantazję Mario to już mamy zabawę na całego. Nasz przyjaciel znów zaczyna główkować - co tu tym razem zaplanować dla dzieci, a dzieci niecierpliwie przebierają nogami, bo wiedzą, że znów czekają na nich szaleństwa nie z tej ziemi. Tak właśnie wygląda bajka dzieci w toskańskim wydaniu:)




BAWIĆ SIĘ - to po włosku GIOCARE

poniedziałek, 20 maja 2013

I już po Komunii! Tyle czekania, odliczania, przygotowywania, tyle stresu, emocji, wzruszeń, ale na szczęście wszystko dobrze wypadło. Nawet zapowiadane burze i deszcze, stały się jedynie skromnym odświeżeniem upalnego i słonecznego dnia, zaledwie krótkim przerywnikiem, niż tym co przewidywano.


Wracamy teraz do normalnego trybu życia. Jeszcze dwa tygodnie napięte i pracowite, zwłaszcza dla dzieci, a potem zaczniemy wyglądać z nadzieją końca czerwca. Wszyscy po tym roku, jak po żadnym innym potrzebujemy odpoczynku.

Przed Komunią zadzwonił Nello z życzeniami dla Tomaszka, mówił, że toskański maj pogodowo w tym roku kaprysi. Deszcze, niebo zachmurzone co drugi dzień, więc choć raz ja mogłam powiedzieć:
- A w Polsce mamy lato! 

Nello mówił, że oczywiście ogródek już przygotował, pomidory posadził, ale nie wie co z tego będzie, bo właśnie ta pogoda wariuje. Tak czy inaczej podziękowałam mu jak umiałam najładniej, bo przecież robi to z serca, ot tak dla mnie, bezinteresownie,więc właśnie za to serce jestem mu wdzięczna.
- Przywiozę wam słońce i lato! - żartuję.
- Jak ty jesteś to nawet w pochmurny dzień jest tak, jakby słońce świeciło... - mówi Nello nieśmiało.
I oczywiście znów się rozpływam, rumienię... Stoję wśród kwitnących bzów na Saskiej Kępie i nie wiem co bardziej rozgrzewa - żar lejący się z nieba, czy to ciepło, które na mnie spływa od innych. 


sobota, 18 maja 2013

Prawie 30 lat temu, o tej porze Mama zdejmowała mi wałki z głowy i upinała wianuszek. Dziś, za kilka godzin do I Komunii idzie Tomaszek. Dlaczego tak dokładnie pamiętam datę? Otóż 18 maja to urodziny mojej Mamy. Historia zatoczyła koło.
Już kiedyś pisałam, że Mama to pierwsza osoba, której będzie mi brakować, gdy wyjadę. Na szczęście są telefony, samoloty i skype, poza tym Włochy to przecież nie Nowa Zelandia. Mama jeszcze nie ma komputera, ale jeśli będzie trzeba i z tym wymysłem techniki pomogę jej się zaprzyjaźnić. Wiem, że dzięki życzliwości niektórych osób podczytuje czasem mojego bloga (dziękuję Pani A), nie szczędzi mi potem ciepłych słów i wyrazów uznania... jak to Mama:)  Dlatego dziś i tu życzę Ci Mamo przede wszystkim zdrowia, szczęścia i niech spełnią się wszystkie marzenia, a zwłaszcza to najważniejsze. Dziękuję, że jesteś....


Powinnam napisać jeszcze wiele rzeczy, ale okazję ku temu będę miała dokładnie za tydzień. Tymczasem zmykam - wprawdzie nie zdejmować wałki z czyjejś głowy - a jedynie dopilnować czy koszula i alba dobrze wyprasowane, czy o niczym nie zapomniałam. Już za chwilę na bloga powróci więcej Toskanii, zaraz będzie po staremu:)

 I KOMUNIA to po włosku La PRIMA COMUNIONE.
  

piątek, 17 maja 2013


Mikołaj, Mikołaś, Mikołanio Mikołajek, kiedyś Kola, Koleńka, Miklucha, teraz Majki, Misiek, w domu dla najbliższych Pączek, w Italii Nico... Moja największa życiowa niespodzianka, moje siedmioletnie szczęście! Jak każdej mamie wydaje mi się, że przecież dopiero się urodził, a tu już za chwilę odbierze pierwsze szkolne świadectwo.
 

Gdy po raz pierwszy pojechaliśmy do Toskanii Mikołaj miał zaledwie rok, miłość do Italii rosła razem z nim, nic więc dziwnego, że jest nią przesiąknięty i z dziecięcą szczerością i swobodą demonstruje to na każdym kroku.




Nie znam drugiej osoby, która ma w sobie tyle zwykłej radości. Kiedy stoję rano w kuchni i szykuję śniadanie jego uśmiech jest pierwszym miłym momentem dnia. Uśmiech szczery od ucha do ucha, szelmowski, trzpiotowaty, z krzywym zgryzem.
Litanię zalet Mikołajka mogłabym pisać i pisać. Najbardziej urocze jest jednak nieskrępowanie w przytulaniu i w wyznawaniu miłości tysiąc razy na dzień, sama słodycz...
Niech Cię Mikołajku życie rozpieszcza bez końca!! 


Muszę jeszcze wspomnieć, że nie tylko Mikołaj dziś świętuje, wśród naszych znajomych 17 maja jest datą dość "lubianą". Urodzinowe życzenia składam też Franco, bratu Mario i synowi Massimo - Matteo. TANTI AUGURI!!!

 IL FIGLIO - to znaczy SYN

Drukuj