czwartek, 26 kwietnia 2018

Wozy, gips i alegoria w Casola Valsenio


Pogoda była bajeczna, co też dokumentuje dosłownie jedno ze zdjęć. Nawet lipiec by się nie powstydził! A zatem kiedy skończyliśmy świętować włoskie wyzwolenie w ogrodzie świętej Barbary, postanowiliśmy ruszyć się z Marradi i resztę dnia zadedykować poznawaniu nowego. I tak oto daliśmy skusić się hasłem miasteczka Casola Valsenio jakie przewijało mi się ostatnio przed oczami - Festa di Primavera! Parada gipsowych wozów. Przebierańcy, sztuka, alegoria, zabawa... Pokus było dużo więcej - jak choćby trekking i stand gastronomiczny, ale to już sobie odpuściliśmy i stawiliśmy się dopiero na moment kulminacyjny - na dzienną paradę. W sobotę 28 kwietnia festa będzie miała swój ciąg dalszy - w tym paradę nocną. Nie wiem jak wcześniej mogła ta cała impreza umknąć mojej uwadze skoro to już 119 edycja! 



Dlaczego gips? 
Casola Valsenio, leżące kilka kilometrów dalej Riolo Terme i wysunięta na południe Brisighella, która na stronach bloga często się pojawia, to miasteczka Romanii wyznaczające granice parku - Vena del Gesso, gesso - czyli gips. Park jest jedną z tutejszych atrakcji, miejsce zachwycające nie tylko dla osób zafascynowanych geologią.  
Gips jest zatem głównym materiałem z którego zbudowane są carri, czyli wozy. Te jednak są tylko tłem, szkieletem scen przedstawianych przez ludzi. I tu na scenę wchodzi sztuka.   


Pomysły niesamowite, symbolika czasem trudna do rozgryzienia. Naszym faworytem był wóz zatytułowany: Invasori, który był alegorią na temat włoskich emigrantów na przełomie XIX i XX wieku. 
W zrozumieniu obrazów pomagały opisy, które rozdawały ekipy poszczególnych wozów. 


Zwykłe miasteczko, zwykli ludzie, ale przy tym nieprawdopodobna pomysłowość i artyzm. Trudno przebić w tym Włochów. Widziałam już wiele fest i nieustannie jestem pod wrażeniem. Zastanawiam się zawsze skąd pomysł, ile pracy poświęcone na wykonanie... Do tego dodajmy jeszcze poświęcony czas na próby i przygotowania, chęci małych i dużych. Wielkie brawa dla Casola Valsenio. To była czysta przyjemność!
Zajrzyjcie tu jeszcze w ciągu dnia lub jutro. Mam do dodania jeszcze krótkie video, wczoraj nie dałam rady pokonana przez ból głowy. To chyba od nadmiaru wrażeń! 
Dobrego dnia!


SŁÓWKA już w tekście były: 
WÓZ - CARRO (wym. karro)
GIPS - GESSO (wym. dżesso)

środa, 25 kwietnia 2018

Po urodzinach i o kaczątkach dwa słowa...


Największy kryzys jeśli chodzi o nasze kacze maluchy już chyba minął. Z każdym dniem są coraz silniejsze, pewniejsze i sprytniejsze. Wieczorem chłopcy wypuszczają je w salonie i ubaw mamy przedni. Rankiem każdy pierwsze co robi, to biegnie do Hansa i Christiana przywitać się czule, Mario też jak tylko się pojawia zaraz o kaczuchy pyta i Goście za każdym razem przechodząc też schylają się nad skrzyneczką. 
Kaczątka są śliczne, nie sposób się nie zachwycić! 


Kwiecień ma się dobrze i rozpieszcza nas pogodą. Zakwitły glicine, choć akurat moje własne w tym roku bardzo skąpo, ale i tak cud, że zimę przeżyły. W stronę Faenzy natomiast całe mury fioletem oblepione, oplecione nim tarasy i furtki, istne arcydzieła!
I maki pierwsze kwitną i szpaler lip wzdłuż drogi do Marradi zrobił się soczyście zielony i wzgórza się nasyciły i tyle piękna wokół, że słowa więzną w gardle ...


Dziś u nas Święto Wyzwolenia i dzień wolny. Mamy zamiar polenić się w ogrodzie świętej Barbary. Będą grillowane warzywa, żeberka i wino na stole, nad głowami słońce, a pod stopami dywan stokrotek. A potem? A potem zobaczymy... Atrakcji w okolicy nie brakuje!

Zdjęcie ruszone, bo już pora późna i światła mało, ale tort jak się patrzy!

Bardzo dziękuję Wam za wszystkie życzenia i ciepłe słowa, za maile i za wzruszenia. Gościom Kamiennego Domu dziękuję za tort i wino i  wieczorne pogadanie ...   Rozpoczyna się na blogu kolejny rok... Niech to będzie dobry rok! Niech to będzie dobry dzień! 
BUONA GIORNATA!

TORT to po włosku TORTA (wym. torta)

wtorek, 24 kwietnia 2018

Sześciolatek


Rach ciach! Kolejny rok przeleciał i oto Dom z Kamienia od dziś jest już sześciolatkiem... 
Na początek trochę o liczbach...
Ponad dwa tysiące postów i niezliczona ilość zdjęć, godzin spędzonych na pisaniu nie sposób sobie nawet wyobrazić. Blisko 1600 polubień fejsbukowego fanpejdża i ponad 460 śledzących profil instagram Zaglądaliście tu ponad 2 100 000 razy i po cichu mam nadzieję, że wciąż będziecie nam towarzyszyć. Odwiedzaliście nas ze wszystkich kontynentów, czasem z miejsc tak przedziwnych, że musiałam wspierać się google, by rozszyfrować jaka to część świata. Zawsze powtarzałam, że choćby tylko jedna osoba spragniona była marradyjskiej lektury, ja nie ustanę w pisaniu i w tej kwestii nic się nie zmieniło. Historie piszą się same każdego dnia. 



To pisanie stało się swego rodzaju sposobem na życie, dało początek tylu nowym szlakom, przygodom, przyjaźniom i znajomościom. Część z Was zaznaczała komentarzami swą obecność już w 2012 roku, niektórzy z tej grupy są dziś dobrymi znajomymi, przyjaciółmi ... Niejeden kilometr razem przeszliśmy, niejedno słowo zamieniliśmy i niejeden kieliszek wina razem wypiliśmy. Mam nadzieję nie ostatnie, nie ostatni. Nie raz się nad tym zamyślam i wzruszam przy tym niezmiennie. 

Kiedy blog stawiał pierwsze kroczki, Mikołaj dopiero zaczynał szkołę podstawową. Dziś ma za sobą już prawie cały rok w pierwszej klasie we włoskiej scuola media. Tomek wtedy trzecioklasista za kilka tygodni ze scuola media się pożegna i we wrześniu rozpocznie swój licealny czas.



W takim dniu jak dziś nie sposób uniknąć powtórzeń... Kiedy zaczynałam przelewać moją tęsknotę za Italią na klawiaturę, nawet nie przypuszczałam, że przyjdzie mi czekać na spełnienie marzenia TYLKO rok z kawałeczkiem. Jaki z tego morał? 
NIE PRZESTAWAJCIE MARZYĆ!
To czy i kiedy marzenia się spełnią zależy przede wszystkim od Was samych. Jeśli ktoś z Was jest na takim samym rozstaju, na jakim ja stałam kilka lat temu, życzę mu tylko jednego - ODWAGI!   

Mam nadzieję, że kiedyś będzie z tego książka, mam nadzieję, że za x lat chłopcy się w tym wszystkim zaczytają i z rozrzewnieniem zaczną wspominać. Mam nadzieję, że czeka na nas jeszcze wiele dobrego, nieoczekiwanego, że odwagi na dalsze kroki nigdy nie zabraknie. 
Jestem dziś wzruszona i z zaszklonymi oczami wznoszę toast! Za nas, za Was, za marzenia, za zdrowie, za dobre dni, za nowe i stare przyjaźnie, za Dom z Kamienia, który kiedyś mam nadzieję urzeczywistni się na mugellańskiej ziemi...

Konkurs urodzinowy to już blogowa świecka tradycja, a zatem niech tej tradycji stanie się za dość. Oto pytania, które dla stałych Czytelników będą jak bułka z masłem. Piszcie odpowiedzi w komentarzach, a ja będę je publikować zgodnie z ich napływaniem. Na zwycięzcę czeka symboliczna nagroda.

1. Na festiwalu w jakim mieście wystąpili chłopcy z chórem w kwietniu zeszłego roku?

2. Jakiego koloru są fiori di san Giuseppe, na które czekam z utęsknieniem po każdej zimie?

3. W jakim mieście był Mikołaj na "długiej" wycieczce kończącej szkołę podstawową?

4. Kto wygrał ostatni turniej Graticola d'Oro?

5. W jakich kolorach jest flaga Biforco.

6. W jakiej roli wystąpiłam w La Notte delle Streghe 2017 i jaki film był naszą inspiracją?

7. Jacy niespodziewani goście pojawili się na naszej ostatniej wigilii?

8. Jaką szkołę średnią wybrał Tomek?

9. Jak nazywa się nowy samochód Mario?

10. Gdzie spędziłam moje 40-ste urodziny?

11. W jakiej roli zadebiutowałam pod koniec czerwca minionego roku.

12. Jak nazywał się zimny front, który zawitał do nas pod koniec lutego?

13. Na jakim instrumencie gra Tomek?

14. Który z rzymskich zabytków mnie zawiódł?

15. Zimą tego roku podjęliśmy decyzję o pewnej zmianie. Czego ona dotyczy?

16. Jaki przydomek nadali mi chłopcy?

17. Który ze sławnych naukowców stał się Tomka idolem.

18. W maju zeszłego roku Marradi stało się częścią słynnego sportowego wydarzenia. O czym mowa?

19. Jak nazywa się rzeka, która stała się jednym z ulubionych miejsc wśród naszych Gości?

20. W 2017 roku świętowałam rocznicę mojego pierwszego pojawienia się w Marradi. Ile to lat?

Jeszcze jedno słowo: DZIĘKUJĘ. 
DZIĘKUJĘ za te sześć lat razem.

Wczoraj dotarła do Biforco wyczekana przesyłka i tak stałam się posiadaczką nowego Nikona. Idealny prezent na blogowe sześć lat. 

poniedziałek, 23 kwietnia 2018

Hans i Christian ... bajka - nie bajka



W niedzielny ranek przy brzegu rzeki Lamone tuż u stóp Domu z Kamienia pływały dwie małe kaczuszki. Dziw tylko brał, że takie maluchy, niemal noworodki bez swojej kaczej mamy wędrowały. Ruchy miały odrobinę jeszcze nieskoordynowane i w ogóle zdawały się  być przestraszone zaistniałą sytuacją. Rozglądaliśmy się, próbowaliśmy matkę - kaczkę namierzyć, ale na brzegu nieopodal siedziały w słońcu tylko dwa kaczory. 
Odprowadziliśmy maluchy wzrokiem, poczekaliśmy aż bezpiecznie miną szarego gąsiora, który jak lew strzeże bezpieczeństwa gęsi od jakiś dwóch tygodni wysiadującej jaja pod naszymi schodami. Kaczorki popłynęły w stronę dorosłych kaczorów, a my poszliśmy do Marradi na lody. 


Kiedy wróciliśmy, chłopcy z tarasu obejrzeli smutną scenę. Okazało się, że kaczorek tym razem był jeden i chyba z tęsknoty za matczynym towarzystwem za bardzo zbliżył się do gąsiora. Ten niewiele myśląc złapał go dziobem, przytopił, a potem majtnął nim na środek rzeki. Drużyna w składzie Tomek, Mikołaj i Mario ruszyła odnaleźć biedaka, który przestraszony schował się w zaroślach po drugiej stronie Lamone. Znalazł go Mikołaj, dokładnie tam gdzie zniknął im z oczu. Mario go utulił, ogrzał w dłoniach, ale choć serce w maluchu mocno łomotało, to jednak gąsior musiał przetrącić mu szyję i biedak po jakiejś godzinie ku rozpaczy chłopców zdechł. Na te swoje krótkie życie dostał nawet imię - Andersen.


 Obiad zjedliśmy w ciszy i chyba nikomu do końca nie smakował. Chłopcy szybko wstali od stołu, ale zaraz wrócili podekscytowani, bo w tym samym miejscu gdzie poranne kaczorki wypatrzyli kolejną parę malutkich jak piłeczka do golfa pisklaków wędrujących samotnie. 
- Coś jest nie tak. One są od razu samodzielne, ale nie wędrują bez matki. Musiało się jej coś przytrafić. 
- Jeśli ich nie zabierzemy, podzielą los swoich braci...
Małe kaczorki próbowały wdrapać się na stromy brzeg i kierowały się w najmniej odpowiednią stronę ... Tam gdzie szara gęś wysiaduje jaja, a gąsior - lew syczy i kłapie dziobem. 


Mario zaimponował wszystkim odwagą, bo od kiedy gniazdo wypełniło się jajami, nikt z nas nie ma odwagi zejść nad rzekę. Mario jednak pokazał gąsiorowi, że krzywdy mu nie robi i w ogóle, żeby tamten się zbyt nie szarogęsił, że jest tu tylko chwilowym dzikim lokatorem, a sam zaraz przez chaszcze zsunął się na brzeg. W tym czasie my z góry jak nawigator satelitarny przekazywaliśmy informacje o położeniu kaczorków.


 Misja zakończyła się sukcesem. Dwa kacze maluchy zostały uratowane od pewnej śmierci. Prawa natury są okrutne. Niby takie poetyckie to nasze Lamone, a jednak zasady tak jak w dżungli... 
Ulokowaliśmy kaczorki w skrzynce, wymościliśmy dno, przynieśliśmy jedzenie i wodę i obserwowaliśmy co się będzie działo. Przez pierwszą godzinę zdawały się jeszcze przestraszone, ale potem z każdą chwilą coraz bardziej śmiałe pluskały się w misce z wodą i zajadały przysmaki, które przywiózł nam znajomy pasjonat - hodowca ptactwa. Chłopcy oszaleli z radości. Niby tacy duzi, a z tymi kaczorkami już do wieczora i a czy im nie za zimno, a czy nie za ciepło, a może za dużo zjadły, a to, a tamto... Hans i Christian zostali nowymi mieszkańcami Kamiennego Domu. 
Podchowamy ich do czasu, kiedy już będą na tyle duże, żeby mogły samodzielnie ruszyć w świat. 
Przedziwny dzień. Maluchy wieczorem wydawały się znacznie większe niż rano. Chłopcy wyjęli je z pudełka i pozwoliły podreptać po salonie. Ubaw mieliśmy przedni! 

KACZĄTKO to po włosku ANATROCCOLO (wym. anatrokkolo)


Drukuj