środa, 22 marca 2017

Enigmatycznie


Czasem pewne chwile tak trudno opisać, nie znajduję słów, wystukuję kilka znaków, a potem zaraz kasuję i tak w kółko. Długo i nie pierwszy raz zastanawiałam się dlaczego napisanie o czymś, co sprawiło mi tyle radości, czasami idzie mi tak opornie. 
A to przecież takie oczywiste… Ja tak naprawdę wcale nie chcę o tym opowiedzieć… To znaczy chcę i nie chcę, toczę walkę sama z sobą. A potem myślę sobie, że jednak lepiej zachować, zatrzymać tylko dla mnie, ślad zostawić na kartkach moich notesów, żeby nikt nie zabrał, nie zepsuł, żeby czar nie zgasł...


Będę enigmatyczna… 
Sceneria to świat zaczarowany, świat jak magiczny ogród i wcale nie ma w tym przesady, z dywanami prymulek i fiołków, z potokiem krętym, gdzie woda kaskadami przyspiesza, z plątaniną korzeni wybebeszonych na wierzch jak nagie jelita, z pniami od mchu zielonymi i z domem kamiennym na końcu drogi, gdzie kamień trzyma się kamienia ostatkiem sił...


A w tym wszystkim tłumione przez wodę pobrzmiewają słowa, miesza się przeszłość z tym co dziś, za nimi galopują plany na to co jutro, za tydzień, kiedyś. Mówimy tym samym językiem, wyposażono nas w tą samą wrażliwość. To dlatego dzień jest taki niezwykły.


A ten dzień ma zapach wykluwającej się zieleni, młodych pokrzyw i mchu, ma smak pasty z gorgonzolą i chłodnego prosecco, które tańczy bąbelkami na języku. Marcowy wtorek ma w sobie świeżość, tą samą która skrzy się w spojrzeniu Ellen. 
WRAŻLIWOŚĆ to po włosku SENSIBILITA' (wym. sensibilita)

wtorek, 21 marca 2017

Pomysł na biznes


Kiedy w niedzielne popołudnie wróciłam ze spaceru zastałam chłopców na tarasie w ferworze twórczych prac.
- Mamusiu zobacz! 
Patrzę.
- Ładnie wyszła prawda?
-Bardzo!
Na stole rozłożone były przybory artystyczne, a Tomek domalowywał ostatnie ozdoby na różdżce Mikołaja.


- Mam pomysł na biznes! - oświadczył pełen entuzjazmu, kiedy dzieło było skończone.
- Jaki?
- Będę miał sklep w Marradi i będę robił dzieciom różdżki. Co ty na to?
- Szczerze mówiąc, nie sądzę by Marradi było dobrym miejscem na taką działalność. Kokosów tu nie zarobisz.
- Ale tu nie o pieniądze chodzi, każde dziecko miałoby inną różdżkę, swoją, niepowtarzalną. 
- Myślę, że do czasu, kiedy dorośniesz moda na Harrego Pottera może minąć, kto wie, co wtedy będzie na czasie, może jakiś inny bohater i inna historia?
- Na pewno zawsze będą dzieci zafascynowane Hogwartem! 
- Idea twoja piękna artysto, ale biznes kiepski, ja ci to mówię, choć sama specjalistą nie jestem!


Dzień przegonił noc, zieleń coraz śmielej przebija z brunatnego, uśpionego tła. Drzewa owocowe już w większości przekwitły, opadają z płatków pierwsze magnolie. Do kwiecistej eksplozji szykuje się mój ulubieniec - glicine… 
Z cantiny, z bezpiecznego przezimowania wyjechały na słońce pelargonie, jukki, drzewko cytrynowe, kaktusy i surfinie. Niektóre już pokazały, że zielone życie w nich przetrwało, wszystkie zostały przycięte, przesadzone i zostawione słońcu pod opiekę. Mam nadzieję, że pogoda nie zrobi nam żadnego psikusa! 


A dziś zapowiada się intensywny dzień … Intensywny i wyjątkowy. Mam nadzieję, że pamiątką po nim będą też wyjątkowe zdjęcia.

RZEMIOSŁO to znaczy ARTIGIANATO (wym. artidżianato)

poniedziałek, 20 marca 2017

Pod niebem Marradi


- To gdzie jedziemy - zapytał Mario przy obiedzie.
- Nie! Nie! Nie! - zaprotestował stanowczo Mikołaj wyjadając z talerza resztki ribollity - ja dziś nigdzie nie jadę!
- Bliziutko, krótki spacerek. Dai!
- Nie ma mowy! - Tomek poparł brata z pełnym zaangażowaniem. - Wy sobie idźcie jak chcecie!
Dokończyli obiad, złapali różdżki i pognali do "Hogwartu".
- No to gdzie?
- A może ten szlak od Colombai? Tyle razy się przymierzałam, niemal centrum Marradi, a wciąż pozostaje mi nieznany…


Opowiadam ostatnio o bliższych okolicach i o tych dalszych, a tymczasem serce wszystkiego jest tutaj… Już dawno nie było hymnu pochwalnego ku czci Marradi. A zatem oto on, psalm, pean najszczerszy, z serca płynący. Widoki, które sprawiają, że mimo trosk i wielkich problemów wciąż potrafię się uśmiechać. 


Patrzę z góry na stację kolejową, na kościół, na dachy domostw, na gaje kasztanowe, na castellone w oddali. Schylam się do fiołków efemerycznych, do kwiatów san Giuseppe, do motyli i kamiennych ludków. Przystaję przy wężowych zwłokach, hubach, fragmentach murów. Ukradkiem fotografuję człowieka i czarnego konia, żywy sielski obraz.  





 - Popatrz! Pan del cucco! Jeszcze tylko kukania kukułki brakuje i wiosna jak malowana.

Kukułka nie kuka, ale kogut gdzieś w oddali pieje na całe gardło. Poza tym nic ciszy nie mąci. Nawet wiatr złagodniał, zamiast targać czym popadnie przymilnie dmuchał wiosennym ciepłem w twarz … 

Nagle między drzewami coś się porusza i spomiędzy drzew wyłaniają się sylwetki. Contessa z mężem drogą usłaną cyprysami zmierzają na obiad. Marradyjskie życie, marradyjscy przyjaciele.



Dziś oficjalnie oznaczono szlak - Il Cammino di Dante. A zatem znów stawiam stopy na śladach poety, znów podążam w tą samą stronę, być może przysiadam w tym samym miejscu, być może tu rodziły się w głowie niektóre wersy Komedii… 


Dochodzimy do Montegianni. To samo miejsce, skąd w czasie lipcowej stralunaty fotografowaliśmy zachód słońca. Widać Popolano, San Martino i obserwatorium po drugiej stronie doliny. Cisza i spokój, a jesteśmy przecież nad samym miastem, niby daleko, a tak blisko.
Krótka przerwa i zawracamy, choć wiem, że niedługo znów się tu zjawię. Chcę iść dalej, dojść nowym szlakiem na Gamognę. Tu ponad miastem, pod marradyjskim niebem… Serce Marradi. Moje serce. 


Zmieniam obiektyw i zaraz jak na dłoni widzę centrum miasteczka. Czuję się tak jakbym chodziła po wewnętrznej części kopuły Brunelleschiego i podziwiała Duomo z wysokości. Podobne wrażenia, tylko emocje nieco silniejsze.


Siadam na chwilę pod samotnym cyprysem. Dante na pewno pod nim nie siedział, ale może patrzył w tą samą stronę, może wtedy też niosło się po dolinie pianie koguta
Jest tak dobrze, tak ciepło, że nie chce się wracać. I te cyprysy … niektóre strzeliste, wiekowe, ale też tu i tam, małe jak krzaki jagód cyprysowe samosiejki. Kiedyś i one wystrzelą w górę, ale ja już wtedy przygarbię się do ziemi. 
Nic dziwnego, że poeta upodobał sobie właśnie te ścieżki. Trzeba mieć serce z kamienia, trzeba nie mieć w sobie krztyny wrażliwości, żeby się nie zakochać. Może i Wy pozwolicie się uwieść? 
Wpadnijcie do Marradi, pójdziemy razem na "dantejski" spacer ...




 CHODZIĆ to znaczy CAMMINARE (wym. kamminare)

Ps. Nie mogłam już patrzeć na ciepłą kapotę z wizytówkowego zdjęcia. Tymczasowo zmieniam, ale właściwe wiosenne zdjęcie pojawi się na dniach.

niedziela, 19 marca 2017

Pieve di Rontana, labirynt dróg i ucieczka z Monte Mauro.


Sobota miała być dniem lenistwa. Nie planowaliśmy żadnych wojaży, ani dalekich wypraw… "Ja dziś nigdzie nie jadę" - deklarował Mikołaj - "dziś siedzimy w domu!"
Pogoda mimo optymistycznych prognoz wcale nie rozpieszczała, wiatr targał czym mógł, przeganiając po niebie co i raz ciemne chmury. Słońce to było, to znikało… 
Zastanawialiśmy się czy wyżej albo niżej aura podobna, czy może ciut lepiej, czy aby nie sprawdzić tego osobiście zamiast siedzieć w domu…
- Nie daleko.
- Na krótko.
- Gdzieś blisko…
I tak sami siebie zapewnialiśmy, utwierdzaliśmy w przekonaniu, że żadnych końców świata oglądać nie mamy zamiaru, ot tak tylko dwa kroki, przewietrzyć się, zdjęcie zrobić.


Propozycje były dwie: 
- Może ta droga od Monte Mauro, co to jej jeszcze nie przetestowaliśmy? Sprawdzilibyśmy dokąd prowadzi? Albo tamta kręta, co to widać ją było z daleka między Lago di Ponte i Tredozio?
Ostatecznie wybór padł na Monte Mauro, chłopcy jeszcze tam nie byli, ja po ostatniej bytności miałam nomen omen "mgliste" wspomnienia, a do tego wyprawa wcale nie była daleka.


Kiedy w Fognano zjechaliśmy z głównej drogi i wspięliśmy się na sam szczyt, zaraz przy drodze pokazały się tabliczki: Zattaglia kilometrów tyle a tyle, a w drugą stronę Rontana…  
- Czy to nie o Rontanie kiedyś mówiłaś?
- Tak! Chiesa di Rontana, znalazłam informacje o jej istnieniu, kiedy szukałam czegoś na temat kościoła w Purocielo! 
Będąc tak blisko porzuciliśmy na chwilę pierwotny plan i skierowaliśmy się w stronę góry o tej samej nazwie. 


O kościele już wcześniej wyczytałam co nieco, ale pojęcia nie miałam, że Monte Rontana to też resztki zamku, jedne z najciekawszych średniowiecznych wykopalisk w regionie, przy których w ostatnich latach intensywnie pracowali archeolodzy. 


Pierwsze wzmianki o pieve pochodzą już z IX wieku. Jej pozycja umocniła się, kiedy obok powstała wspomniana wyżej rocca. Tak czy inaczej w 1279 roku została zniszczona przez Maghinardo, możnowładcę śmiało poczynającego sobie na tych ziemiach. Już o samej postaci nie raz wspominałam i  o tym, że go Dante w swojej Komedii ostro "obsmarował".


Dzieje kościoła są burzliwe... Kilkaset lat temu została przeniesiona w obręb murów zamkowych, w XIX wieku ostatecznie odrestaurowana i w takiej właśnie postaci możemy ją dziś oglądać. 
Teren przykościelny jest często wykorzystywany jako obozowisko dla skautów. 


Historia i duch dawnych czasów uśpiony w kamiennych murach. Znów poza turystycznym szlakiem, trudne do odkrycia. Znów czuję się szczęściarzem, poznając ten świat krok po kroku…
Studnia, wiekowe cyprysy, dywany fiołków, opadłe z sił żonkile, poezja na murze. Dobudówki, przybudówki, niedomknięte okna, Brisighella w oddali...


Ruszyliśmy dalej. Monte Mauro zaraz zamajaczyło na horyzoncie, a potem przybliżyło się coraz bardziej i bardziej. Zaledwie kilkanaście minut i byliśmy po drugiej stronie doliny. Zaparkowaliśmy obok eremo i zaraz dziarskim krokiem wystartowaliśmy w stronę szczytu. Widoczność była zdecydowanie lepsza niż poprzednim razem, ale porywisty wiatr nie pozwolił nam na widowiskowe podejście.



Szlak to za wielkie słowo! Mikro trasa - lepiej powiedzieć. A zatem już po kilku minutach pokazał się na czubku kamienny mur, jakieś resztki, być może pozostałości kolejnej fortecy...


 Staliśmy na czubku jak Drużyna Pierścienia i już obmyślałam atrakcyjne kadry, kiedy nagle...
- Mamusiu tam jest kot! 
- Nie żartuj!
- Serio mówię!
- Mamusiu on ma rację - potwierdził Tomek. - Ale wieeeelki!!! Puchaty. 
Tu odegrała się scena jak z kreskówki. Na chwilę ogarnięta paniką schowałam się za Mario, który nieświadomy niczego dołączył do nas na szczycie. A potem poczułam się jak w pułapce, moja kryjówka nie była bezpieczna!
- On tu idzie!
Szczyt maleńki, droga ucieczki nie pozwalająca na rozwinięcie prędkości, no chyba że w locie… Zaraz zaczęłam zsuwać się w dół na łeb na szyję jak popadło, ratować się przed zmorą, przeklinając siarczyście pod nosem ...


 Przystawałam tylko co jakiś czas, żeby ocenić stan zagrożenia, powiększający się albo pomniejszający dystans. 
- On nie jest wielki, wiatr mu futro na baczność postawił! - śmiał się Mario. - Zobacz jaki ładny, jakie ma niebieskie oczy! 
Kot przyszedł za nami pod sam kościół.
- Mamusiu on jest taki mięciutki! - zachwycał się Mikołaj.
Siedziałam zabarykadowana w samochodzie i z tej bezpiecznej kryjówki, mogłam na spokojnie ocenić moją zmorę. 
- Jakie futro! On jest rasowy. Skąd tam się wziął??


Spotkanie z kotem zdecydowanie skróciło nasz pobyt na Monte Mauro. Zaraz znów zapakowaliśmy się do samochodu i ruszyliśmy drogą, która czekała na jej odkrycie. Jechaliśmy przez sady różowe, przez pastwiska, łąki, winnice. Błądziliśmy i na każdym kolejnym skrzyżowaniu zmienialiśmy kierunek jak opętani w labiryncie romagnolskich bezdroży. 



Przejechaliśmy pod wielkim mostem, którego wcześniej nikt z nas nie zauważył, dotarliśmy do Casola Valsenio, znów odbiliśmy w góry, pojechaliśmy za znakiem Settefonti, gdzie jak się wkrótce okazało ani "fonti", ani "chiesy", ale za to droga się zwęziła, zdziczała, aż w końcu powiedziała pas i zmusiła nas by pokornie zawrócić. 


Kręciliśmy się po tych bezdrożach, prowokując zgubny los przez ponad dwie godziny, aż w końcu naszym oczom ukazało się … Monte Mauro! Znaleźliśmy się w punkcie wyjścia, a żartom nie było końca. Tylko Mikołaj siedział niemrawy, z trudem powstrzymując się od śmiechu, demonstrując tym samym stan poważnego zagłodzenia. Tylko pokaźna porcja lodów mogła uratować jego nadwyrężony humor.


 UCIEKAĆ to SCAPPARE (wym. skappare)

Drukuj