środa, 23 kwietnia 2014

28 dni szkoły!

Zostały tylko 4 tygodnie szkoły nie licząc weekendów i dni wolnych. W międzyczasie czekają oczywiście wycieczki, więc ostateczny rachunek byłby jeszcze mniejszy. Aż mi się wierzyć nie chce, że już tyle czasu przeleciało, bo jakbyśmy wczoraj stali przestraszeni przed wejściem do szkoły, w dniu, kiedy rozpoczynały się lekcje. Gna ten czas! Gna jak wariat i na nikogo się nie ogląda!

Wakacje w Toskanii zaczynają się już 7 czerwca!!! A po drodze jeszcze piątek 25 kwietnia wolny, a potem 1 maja. I tu taka ciekawostka - we Włoszech długi weekend to "il ponte" - czyli most. Zatem mamy kilka mostów do "przejścia" nim szkolny rok się skończy. 
A samo zakończenie? W Italii trochę inaczej, bez pocztów sztandarowych, bez hymnu, dzieci ostatniego dnia trochę wcześniej wyjdą ze szkoły, a potem 16 czerwca pójdą z rodzicami odebrać świadectwo ukończenia klasy.
Już nie możemy się doczekać. Tyle miejscowych atrakcji na nas czeka!!! Nadchodzi najpiękniejszy czas!

- Mamusiu, mamusiu! Zrób zdjęcie rysie! - prosi Mikołaj
- Jakiej rysie?? - pytam.
- No tej! - pokazuje palcem na brzeg rzeki.
- Aaaaa! Mikołaju, cudaku mój - to nie RYSA, to IRYS!!!

WCZORAJ to po włosku IERI

wtorek, 22 kwietnia 2014

Włoskie lody!

 
"Vorrei un gelato ..."* - to było pierwsze zdanie jakie chłopcy powiedzieli po włosku. Od tego czasu minęło prawie siedem lat. Kiedy we wrześniu na początku roku szkolnego chodziliśmy po szkole na lody, chłopcy byli niemal na tym samym etapie. Potrafili nazwać smaki, ale jeśli ktoś zadawał im jakieś pytania uciekali ze wzrokiem i szukali u mnie pomocy. Od kilku tygodni znów dzieci z rodzicami chodzą po południu na lody, zaczyna się wiosenno - letni sezon! A moi chłopcy? Oni też wciskają monety do kieszeni, pędzą do gelaterii, stają przy barze, wybierają sami smaki i wielkość lodów, decydują czy chcą posypkę czy owoce czy kakao czy bitą śmietanę. Już nie potrzebują mojej pomocy. Właściciele barów uśmiechają się serdecznie i kiwają głowami z podziwem. 



 
Można pokusić się o stwierdzenie, że lody to jeden z emblematów Italii. Smaków jest bez liku, a kiedy będziecie mieć okazję, spróbujcie tych najdziwniejszych.
Dla turysty laika pewnie każde będą przepyszne, bo włoskie.  Kto był w turystycznym mieście w Italii na pewno choć raz postawił stopę w lodziarni. A tam kolorów bez liku, lody wyeksponowane jakby stylista i architekt nad tym pracowali. Ale nie dajcie się zwieść! Często te, które przyciągają wzrok, kosztują sporo, a nie są warte złamanego centa! Kiedy pojechaliśmy na spacer do Florencji - zaliczyliśmy oczywiście obowiązkowe lody. Moi przyjaciele z Polski zajadali się zmrożonymi słodkościami, a Mario swojego loda cisnął do śmieci i przeklinał, że w takim miejscu, które jest wizytówką Toskanii sprzedają coś tak okropnego. 
Słynna gelateria w Palazzuolo z zejściem nad rzekę
 




I jeszcze taka drobna rada przychodzi mi do głowy - duży lód we Włoszech jest naprawdę DUŻY! Można za to powiedzieć, że mały włoski jest odpowiednikiem dużego polskiego loda:)



W naszej okolicy każdy ma swoją ulubioną gelaterię. Według opinii ogółu najlepsze są w Palazzuolo, a najsłynniejsze w Brisighelli. To właśnie jedząc te z Brisighelli oświeciło mnie przekonanie, że oto w małym toskańskim miasteczku odnalazłam swój dom!

 *Chciałbym loda

sobota, 19 kwietnia 2014

Buona Pasqua!


Kochani chcę żeby te święta były spokojne i pozwoliły choć na chwilę odetchnąć od problemów i niepowodzeń. Usłyszymy/zobaczymy/przeczytamy się zaraz po świętach, a dziś chciałam napisać Wam przede wszystkim - BUONA PASQUA! Bądźcie radośni, uśmiechnięci i postarajcie się przynajmniej na kilka dni zwolnić bieg. RADOSNYCH ŚWIĄT!



Świątecznie NIE zwariować.



Święta czy to bożonarodzeniowe czy wielkanocne kojarzą się w Polsce z jedną wielką gonitwą. Przed sklepami gigantyczne kolejki, bo kapusta, bo śledzie, bo jajka, bo kiełbasa, bo nie wiadomo co. Wariactwo!! Trzeba zrobić pięć ciast, trzy sałatki, jajka na dziesięć sposobów. A mazurek to z czekoladą czy z kajmakiem? I generalnie zastaw się, a postaw się - przyznacie, że coś w tym jest:) Umyć okna, uprać firanki, wysprzątać każdy kąt. A potem przychodzą wyczekane święta i człowiek jest już tak zmęczony, że generalnie wszystkiego ma dosyć, wszystko go denerwuje i zastanawia się po co tyle nagotował, napichcił, napitrasił? Obiecuje sobie, że następnym razem będzie inaczej, spokojniej, pomyśli o sobie i co? I potem znów jest tak samo:)
To nie krytyka polskości! To nie o to chodzi. Uderzyła mnie znów różnica w mentalności, tym razem w świątecznych okolicznościach. Włosi, przynajmniej w małych miasteczkach, nie gnają, nie wariują na punkcie porządków, dań niezliczonej ilości. Święta są chwilą relaksu, wytchnienia, czasem spędzonym miło, spokojnie, leniwie. Nawet ci, którzy zdecydują się pozostać w domu, przygotują świąteczny obiad, ale bez przesady! Obiad to będzie główny posiłek, nie tak jak w Polsce - śniadanie. Potem będzie odpoczynek, może spacer jeśli pogoda pozwoli, bo jeden z przedświątecznych poranków zaskoczył wszystkich takim oto widokiem:


Popatrzcie na wzgórza w tle. Ewenement, ale jak widać zdarza się nawet w słonecznej Toskanii! 
ZWARIOWAĆ to po włosku IMPAZZIRE:)

piątek, 18 kwietnia 2014

Jestem jaka jestem



Dziś nic w duchu świąt. Dziś będę się tłumaczyć, choć bardzo tego nie lubię i zwykle staram się unikać. Jakiś czas temu po jednym mało przyjacielskim komentarzu musiałam ustawić moderację. Pewnie stali komentujący Czytelnicy zdążyli się zorientować. Nie boję się krytyki, ta jeśli konstruktywna może tylko pomóc, ale nie pozwolę, by na blogu ktoś wprowadzał ferment, obrażał, czy wypisywał groźby. 
Potem pojawił mi się w skrzynce mailowej inny komentarz, pełen słów uznania, ale też zawierający krytykę. Autorka poprosiła też o jego skasowanie. I tu pojawił się problem - mój problem. Nie chcę, by ktoś posądził mnie o to, że publikuję tylko laurkowe, wygodne dla mnie opinie, jestem otwarta również na krytykę. Spełniłam jednak prośbę Czytelniczki, komentarz się na blogu nie ukazał. Ale leży mi to na sercu i tu postaram się "wytłumaczyć".  Przyszła mi też do głowy ankieta, gdybym taką dodała do bloga każdy bez strachu mógłby szczerze się wypowiedzieć. Wkrótce ją przygotuję.

Po pierwsze szata graficzna. Mogłam wybierać spomiędzy szablonów blogera i wśród tych, które były, akurat ten przypadł mi najbardziej do serca. Może dla kogoś być tandetny, ale przyzwyczaiłam się do niego, a spopielały róż to mój ukochany kolor. 
Litery. Wiem, że czcionka jest troszkę za mała, ale o stopień większa, jest moim zdaniem już dużo za duża. Wybrałam więc mniejsze zło. Może powinnam poszukać innej czcionki?
Zdjęcia. Jednemu ramka się podoba, innemu nie. Nigdy wszystkim się nie dogodzi. Ile ludzi tyle opinii. Sam rozmiar zdjęć wydawało mi się, że wybrałam najbardziej optymalny, ale może chcielibyście, żeby były większe?


Ja sama ... Jestem jaka jestem i tu nie zamierzam nic zmieniać. Może jednym Czytelnikom bardziej pasowałyby do całego obrazu inne włosy, inne sukienki, inna ja, ale wtedy to byłoby nieprawdziwe, udawane, zatem ... jestem jaka jestem.
Ankietę wkrótce opracuję.


CRITICARE - to znaczy KRYTYKOWAĆ

czwartek, 17 kwietnia 2014

Poranne schematy




Zwykły poranek.
O 5.30 zaczyna się hałas samochodów. Okna naszej sypialni wychodzą na zwężony odcinek drogi, zatem każdy hałas zostaje zwielokrotniony przez "świetną" akustykę. Już się przyzwyczaiłam, że o tej porze ruszają śmieciarki i ciężarówki z zaopatrzeniem. Są moim pierwszym budzikiem.




O 6.20 dzwoni budzik właściwy. Zerkam przez okno, jakbym każdego dnia chciała się upewnić, że rzeczywiście tu jestem. Rzeka wciąż płynie, drogowskaz na przeciwko tak jak dzień wcześniej informuje, że do Florencji mam 64 kilometry. Sąsiadka po drugiej stronie rzeki, wychodzi do pracy.
Śniadanie. Za dwadzieścia ósma chłopcy wychodzą do szkoły.



O 8.00 rano inny sąsiad podnosi roletę swojego warsztaciku. Za chwilę zacznie się rowerowy ruch, a jak widać miejsce choć nijak nie oznaczone jest rowerzystom dobrze znane i przystają z każdym najdrobniejszym nawet problemem.
Chwilę po 8.00 życie przed barem zaczyna tętnić wysypują się z małych ciężaróweczek robotnicy w odblaskowych uniformach. Czas na pierwsze śniadanie. Nikomu nigdzie się nie spieszy.




Przed dziesiątą na parkingu przed barem rozkłada się Sycylijczyk ze swoim towarem. Chwilę potem ustawia się kolejka po świeże pomarańcze, pomidory i truskawki.

Ledwo też słońce wzbije się w górę staruszek który mieszka po drugiej stronie ulicy idzie z taczką po pierwszą partię drzewa i będzie tak krążył do samego wieczora. Niezmordowany jak mrówka. Transport drzewa, transport kartonów, transport skrzynek. Wolnym rytmem...




LENTAMENTE to znaczy POWOLI

środa, 16 kwietnia 2014

Wielkanoc po włosku



Mam poczucie obowiązku by kilka słów o Wielkanocy we Włoszech napisać, ale ponieważ będą to już drugie święta na blogu, chciałabym też uniknąć powtórzeń. Z drugiej strony pierwszy raz mogę namacalnie poczuć włoską Wielkanoc, dlatego też zrobię krótkie podsumowanie. 



Przede wszystkim zdanie, które znów nasuwa mi się mimo woli - Natale con i tuoi, Pasqua con chi vuoi (Boże Narodzenie z twoimi Wielkanoc z kim chcesz). To zdanie oddaje w pełni podejście Włochów do Wielkanocy. Jakiś czas temu zostałam poproszona o przytoczenie oryginalnych wypowiedzi moich znajomych z Toskanii i tymi też się podeprę. 


Wielki tydzień to w Italii La Settimana Santa i tu tak jak w Polsce zaczyna się już niedzielą Palmową - po włosku to La Domenica delle Palme. W Marradi tego dnia dzieci szkolne rozdawały mieszkańcom święconą wodę. Tak jak w Polsce księża odwiedzają domy w okolicach Bożego Narodzenia, tu podobny zwyczaj wiąże się właśnie z Wielkanocą. Obrzędy związane z Triduum Paschalnym są właściwie takie same jak w Polsce, a droga krzyżowa to po włosku Via Crucis. Oczywiście każdy region może pochwalić się swoimi własnymi tradycjami. 
Główne święto to Niedziela Wielkanocna - Domenica di Pasqua, natomiast nasz lany poniedziałek potocznie nazywany jest tu Pasquettą, a oficjalnie Il Lunedi dell Angelo - upamiętniający dzień kiedy kobietom przybyłym do grobu, aniołowie obwieścili zmartwychwstanie Chrystusa.






Co się jada?
Jajka, jajka, jajka i jagnięcina, jagnięcina, jagnięcina. Sposobów ich przygotowania jest mnóstwo i powinnam na moim kulinarnym blogu się nimi podzielić tylko ostatnio czasu mi brak. Wybaczcie! Postaram się wszystko nadrobić! Na deser oczywiście słynna baba w kształcie gołębia - czyli colomba. Mam zamiar sama ją upiec i jeśli mi się uda na pewno się pochwalę tyle, że na jej przygotowanie potrzeba aż dwóch dni. Spora część Włochów zapewne świąteczny obiad zje z rodziną w restauracji. Wszystkie okoliczne lokale przygotowały na tę uroczystość odpowiednie menu. 
Co dla dzieci?




Dzieciom daje się w prezencie wielkie czekoladowe jaja z drobnym upominkiem w środku i tu oczywiście marketing rozwija swoje skrzydła. 

Oto włoska Wielkanoc w pigułce. Powinnam Wam teraz napisać BUONA PASQUA, ale na to będzie jeszcze czas:) Teraz życzę Wam miłych przygotowań i wiosny za oknem!

Słówka dziś nie dodaję, bo już w tekście pojawiło się ich trochę:)